Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2019

#57 Pierwszy człowiek (Damien Chazelle,2018)

Główna obsada: Ryan Gosling, Claire Foy
Scenariusz: na podstawie biografii
Muzyka: Justin Hurwitz
Zdjęcia: Linus Sandgren

Poprzednie filmy Damiena Chazelle postawiły przed Pierwszym człowiekiem naprawdę wysoką poprzeczkę. I mimo gwiazdorskiej obsady i połączenia sił po raz kolejny z Justinem Hurwitzem, finalny efekt trochę zawodzi oczekiwania. Może Chazelle najlepiej wychodzą po prostu filmy o muzyce?
Pierwszy człowiek opowiada historię programów Gemini i Apollo z perspektywy Neila Armstronga. I choć transmisja lądowania na Księżycu czy słynne słowa Mały krok dla człowieka, wielki dla ludzkości są powszechnie znane, twórcy postanowili pokazać nam inną stronę tej opowieści. Nie jest to jednak przepełniona patosem amerykańska historia o zwycięstwie i chwale, ale bardziej skupienie się na kameralnym dramacie człowieka. Podobno na rodzica, który stracił dziecko, nie ma żadnego szczególnego określenia dlatego, towarzyszy temu ból zbyt rozdzierający, by nadać jakąkolwiek nazwę. To właśnie spotkało Neila Armstronga, który z powodu choroby stracił kilkuletnią córkę, Karen. Jej śmierć nie jest pokazana jako źródło siły ani powód depresji, ale raczej jak coś, co towarzyszy bohaterowi w każdej chwili – jako coś, z czym musi on nauczyć się żyć i coś, co go nie opuszcza mimo upływu lat. Patrząc na to w tym kontekście, ostatnie sceny można uznać za symboliczne pożegnanie się z córką, jako rodzaj świeżego początku, jakim dla jego żony był udział Neila w programie Gemini i przeprowadzka do Florydy.


Oprócz prywatnego dramatu Neila obserwujemy również stopniowy rozpad rodziny Armstrongów, co ostatecznie doprowadziło do ich rozwodu w 1994 roku, 25 lat po tym, jak Neil postawił stopę na srebrnym globie. Początki problemów widać już jednak w Pierwszym człowieku – Neil, mimo tego, że był niezwykle szanowany przez kolegów i społeczeństwo, stopniowo oddalał się od rodziny. Koncentruje się na karierze i nauce, która zdawała się dla niego pewną odskocznią po śmierci córki, nie zważając na to, jaki ma to wpływ na żonę i synów. Ten wątek, choć drugoplanowy jest dość mocno zarysowany, mimo swojej pozornej subtelności.
Chociaż Pierwszy człowiek skupia się na warstwie dramatycznej i przez to w znaczący sposób odstaje od większości pozostałych produkcji opowiadających o kosmosie, warstwa efektów specjalnych wypada bardzo solidnie, choć nie aż tak efektownie, jak mogliśmy to obserwować choćby w Interstellar (Christopher Nolan, 2018) czy Grawitacji (Alfonso Cuarón, 2013). Zamiast rozgwieżdżonego nieba, możemy oglądać bezdenną i głuchą pustkę kosmosu, zdając sobie sprawę, jak nieznaczącym bytem jesteśmy wobec ogromu wszechświata.
   

Justin Hurwitz jak zwykle funduje niesamowity soundtrack, który jest wprost przepiękny i idealnie pasuje do każdej ze scen. Szczególnie zapada w pamięć utwór The Landing towarzyszący odłączeniu modułu księżycowego aż do momentu bezpiecznego lądowania na powierzchni Księżyca. A skoro już przy muzyce jesteśmy, to warto też dodać, że skupienie twórców na detalach było na tyle duże, że dźwięk startującej rakiety nie został syntetycznie wyprodukowany w studio, ale został nagrany podczas wystrzelenia Falcon Heavy na początku tego roku.
Doskonałej ścieżce dźwiękowej towarzyszą wspaniałe zdjęcia, świetnie wykorzystujące niuanse fabuły dla budowania dramatyzmu (jak ciasne ujęcia z wnętrza statków kosmicznych, rozedrgana kamera, zbliżenia na detale). 


Warto zwrócić uwagę również na niezwykle dopracowaną scenografię – każdy szczegół hotelu dokładnie oddaje dekadę, z której pochodzi, a to wszystko dopełnia jeszcze doskonale dobrana ścieżka muzyczna. Fani produkcji osadzonych w latach 60. powinni być zachwyceni. Zresztą nie tylko oni. Bo to po prostu diabelnie dobry film, który nie tylko świetnie się ogląda i jest wielką porcją świetnej rozrywki, ale i pozostaje z widzem na dłużej.
I tylko brak nominacji do Oscara dla muzyki Justina Hurwitza jest prawdziwym nieporozumieniem.



1 stycznia 2019

#55 Black Mirror: Bandersnatch (David Slade, 2018)

Główna obsada: Fionn Whitehead, Will Poulter, Asim Chaudhry, Alice Lowe
Scenariusz: oryginalny, film interaktywny
Zdjęcia: Jake Polonsky

Black Mirror: Bandersnatch to zupełnie nowa forma, choć nie jest absolutnie innowacyjna, tyle tylko, że wcześniej było to związane raczej z grami komputerowymi. Film interaktywny to rodzaj rozrywki, w której sami możemy decydować o dalszych losach bohatera poprzez wybranie jednej z dostępnych opcji. To też świetna zagrywka marketingowa – obejrzenie Black Mirror: Bandersnatch będzie raczej niemożliwe poza Netflixem, więc zmusi wszystkich chętnych, którzy do tej pory nie mieli konta do jego założenia.
To właściwie pewnego rodzaju kuriozum – Black Mirror, które na każdym kroku stara się nas ostrzegać przed zgubnymi skutkami rozwoju technologicznego, samo popchnęło rozwój seriali na kolejny poziom. Nie sądzę jednak, aby była to przyszłość kinematografii – raczej jako ciekawostka, która może się rozwijać obok. 


Głównym bohaterem Black Mirror: Bandersnatch jest Stefan (Fionn Whitehead), młody projektant gier komputerowych, który chciałby wypuścić na rynek swoje pierwsze dzieło. Udaje mu się nawiązać współpracę z najbardziej znanym na rynku producentem, a tok zmusza nas do decyzji, by pracować samodzielnie z domu. Od tego wyboru, każda kolejna jedynie posuwa nas do przodu na spirali szaleństwa. A stamtąd już niedaleko do teorii spiskowych o tym, że nasze wybory nie są tak naprawdę nasze i teorii o Pac-Manie jako alegorii konsumpcjonizmu.
To wszystko wpisuje się idealnie w schemat filmu interaktywnego i w tematykę serialu Black Mirror. Bo przecież rzeczywiście tak jest, wszystkimi wyborami Stefana naprawdę steruje ktoś z zewnątrz. 


W Black Mirror: Bandersnatch nie ma dobrych wyborów. Większość z nich jest ponadto w pewien sposób sterowana – jeśli wybierzemy źle, interfejs cofa nas do pewnego miejsca, gdzie powinniśmy zdecydować inaczej. Ale nawet mimo to, każde z pięciu głównych zakończeń jest dla bohatera tragiczne. Ta pozorność wyborów tylko polepsza odbiór Bandersnatcha, bo idealnie wpisuje się w historię o kierowaniu naszymi wyborami przez wyższą siłę.
Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wartości dodanej jaką daje radość z odkrywania mnogości easter-eggów podłożonych przez autorów: szpital St. Junipero, roboty Metalhead, które występują na plakatach, gra Nohzdyve… Zresztą samo osadzenie akcji w roku 1984 mówi samo za siebie. 



30 grudnia 2018

#53 Płomienie (Chang-dong Lee, 2018)

Główna obsada: Ah In Yoo, Steven Yeun, Jong-seo Jun
Scenariusz: na podstawie opowiadania Haruki Murakamiego
Muzyka: Mowg
Zdjęcia: Kyung-Pyo Hong

Kolejny kandydat do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny, tym razem wystawiony z ramienia Korei Południowej, trafia na ekrany polskich kin. Plakaty powiadają, że to najsubtelniejszy thriller wszechczasów. I choć z pewnością czasami jest to po prostu czcze gadanie mające za zadanie tylko sukces kasowy, w tym przypadku stwierdzenie może być prawdą.
Historia bazuje na opowiadaniu Haruki Murakamiego pod tytułem Spalenie stodoły, ale mocno czerpie również z tekstu Williama Faulknera pod tym samym tytułem, szczególnie w przypadku wątku relacji ojca i syna. W filmie porozsiewanych jest wiele tropów dotyczących wspomnianych twórczości, a wielu krytyków porównuje postać Bena do Wielkiego Gatsby’ego. Płomienie to prawdziwa uczta nawiązań kulturowych.


Jong-soo marzy o zostaniu pisarzem, ale sytuacja zmusiła go do powrotu na rodzinną wieś, co nie wróży dobrze jego karierze. Tuż przed wyjazdem poznaje jednak Hae-mi, która twierdzi, że zna go ze szkoły. Dziewczyna jest na tyle urocza, że bohater bez mrugnięcia okiem godzi się pilnować jej kota, który podobno boi się obcych. Kiedy Hae-mi wraca z podróży do Afryki, stęskniony Jong-soo rusza odebrać ją z lotniska. Niestety dziewczyna pojawia się wraz z zamożnym i pewnym siebie Benem, którego sposób bycia wyraźnie wskazuje, że pochodzi z wyższej klasy społecznej. Przez pewien czas bohaterowie tkwią w tym dziwnym trójkącie miłosnym pełnym niewypowiedzianych uczuć, aż do dnia, kiedy Hae-mi znika bez słowa wyjaśnienia.
Cała siła tego filmu leży w niedopowiedzeniach i metaforach. Bardzo ważna w kontekście tego aspektu jest jedna z początkowych scen filmu, gdy Hae-mi opowiada głównemu bohaterowi o pantomimie, na której zajęcia ostatnio uczęszczała. Obierając niewidzialną mandarynkę, mówi: „nie chodzi o to, żeby uwierzyć, że coś istnieje – chodzi o zapomnienie, że tej rzeczy nie ma”. Odnosi się to zarówno do kota Hae-mi, jak i do metaforycznego palenia szklarni, o którym beztrosko opowiada Ben. Sam film można zresztą traktować jako jedną wielką metaforę. Na niesprawiedliwość społeczną, na dziedziczenie agresji, na zacieranie się granic pomiędzy realnym a nierealnym.


Fabuła, choć z pozoru wydaje się rozedrgana i pełna zbędnych wątków stopniowo splata się w dopracowaną całość, zostawiając również sporo miejsca na wkład własny widza. Film wypełniony pięknymi kadrami angażuje i trzyma w napięciu do samego końca. Nawet jeśli zakończenie nie jest do końca satysfakcjonujące w kontekście całości.



18 grudnia 2018

#52 Narodziny gwiazdy (Bradley Cooper, 2018)

Główna obsada: Lady Gaga, Bradley Cooper
Scenariusz: remake
Zdjęcia: Matthew Libatique

Narodziny gwiazdy przedstawia temat, który kocha Hollywood, bo kocha historie o sobie. Nie powinno więc dziwić, że temat był już wielokrotnie eksploatowany. Zaczęło się od What price Hollywood? (George Cukor, 1932), później dostaliśmy jeszcze cztery inne wersje. Co prawda raz dostawaliśmy aktorkę, a innym razem piosenkarkę, ale w gruncie rzeczy główna oś fabularna jest podobna. Właściwie poza dobrymi zmianami, fabuła Narodzin gwiazdy Bradleya Coopera jest prawie dokładną kopią swoich poprzednich wersji.
Osobiście jestem największą fanką wersji George’a Cukora z 1954 z Judy Garland. Najnowsza wersja jest o tyle od niej różna, że skupia się na świecie muzyki. Jackson Maine (Bradley Cooper), nadużywający alkoholu i innych środków odurzających gwiazdor przez przypadek słyszy w barze śpiewającą Ally (Lady Gaga) i od razu wpada po uszy. Między bohaterami bardzo szybko rodzi się uczucie, a dzięki Ally kariera Jacka odżywa, a ona bardzo szybko staje się gwiazdą. 


Najważniejszym aspektem, który w tym filmie wyszedł, są bohaterowie – między nimi czuć prawdziwą chemię, a i ich charaktery zostały pogłębione w stosunku do wcześniejszych wersji. Ally i Jack zyskali drugie dno głównie za sprawą dodania im rodzin. Brat i ojciec Jacka sprawiają, że jego postać wraz z ciążącym na nim alkoholizmem staje się trójwymiarowa.
Ogromne wrażenie robią też sceny muzyczne, które zostały nakręcone podczas prawdziwych festiwali. Chociaż mimo wszystko sceny z Live Aid z niedawnego filmu Bohemian Rapsody podobały mi się bardziej. 


Muzyka jest niezwykle ważnym aspektem tej produkcji i trzeba przyznać, że promujący film utwór Shallow jest świetny, zarówno pod kątem tekstu oraz linii melodycznej, ale również dopasowania do fabuły. Ani trochę mnie nie zdziwi, jeśli dostanie ona Oscara za najlepszą piosenkę roku.
Nigdy nie była fanką Lady Gagi, ale siłą rzeczy wiedziałam jaką muzykę tworzy, widziałam też kilka teledysków. Do jej występu w Narodzinach gwiazdy podchodziłam dość sceptycznie ze względu na jej niewielkie doświadczenie aktorskie, ale muszę przyznać, że dała radę. Jednak prawdziwą gwiazdą jest tutaj Bradley Cooper, który wchodzi na wyżyny swojego talentu, świetnie portretując niezwykle trudną rolę powoli staczającego się muzyka borykającego się z problemem z alkoholem i używkami.


I choć dostrzegam w najnowszej wersji Narodzin gwiazdy wiele zalet, film posiada niestety wady, obok których ciężko przejść obojętnie. Największą jest dla mnie to, że próbowano do środka wrzucić zbyt wiele – to, w jaki sposób przemysł muzyczny przemiela artystów (rozstrzał pomiędzy początkową karierą bohaterki i późniejszą, solową), to, w jaki sposób uzależnienie prowadzi do upadku i w jaki sposób niszczy związek i to, jak bardzo kariera artystów zależy od mediów i fanów.
Z dużą słabość filmu uważam również zakończenie. W wersji z 1954 Norman Maine sam dochodzi do wniosku, jak bardzo szkodzi karierze swojej żonie. W wersji z 2018 niestety ktoś inny musiał mu wyłożyć to otwartym tekstem, by był w stanie to zauważyć. Niby drobnostka, ale zaważyła na ostatecznym odbiorze filmu.
Narodziny gwiazdy to film, który warto zobaczyć, choć zdecydowanie nie okazał się wielkim objawieniem i widziałam w tym roku lepsze (ale i wiele gorszych) filmów.



1 grudnia 2018

#51 Dziadek do orzechów i cztery królestwa (Lasse Hallström, Joe Johnston, 2018)

Główna obsada: Mackenzie Foy, Keira Knightley, Helen Mirren
Scenariusz: inspirowana
Muzyka: James Newton Howard
Zdjęcia: Linus Sandgren

Dziadek do orzechów i cztery królestwa miał być Disneyowską wersją klasycznego baletu. Wiele jest pięknych adaptacji tej historii, zarówno animowanych, jak i aktorskich, a każda zionie świątecznym klimatem. Zwiastuny obiecywały wielki rozmach, wspaniałe scenografie i kostiumy, co w połączeniu z uroczą i utalentowaną Mackenzie Foy zdawało się zapowiadać wspaniałe widowisko. W sam raz na rozbudzenie w sercu świątecznego oczekiwania.


Po drodze jednak coś nie wyszło. A może raczej należałoby powiedzieć, że mało co wyszło. Są mniej lub bardziej wierne ekranizacje, a także jeszcze luźniejsze adaptacje, ale to, co Dziadek do orzechów i cztery królestwa robi z klasyczną baśnią, wydaje się przesadą – zostały zachowane jedynie imiona bohaterów i ich podstawowe cechy. Użyto także muzyki skomponowanej przez Czajkowskiego na potrzeby swojego baletu. I to by właściwie było na tyle.
W tej wersji historii Clara otrzymuje od swojego stryja prezent, który prowadzi ją do magicznej krainy, kiedyś rządzonej przez jej matkę, dziś targanej wewnętrznymi konfliktami pomiędzy jej czterema królestwami. Clara, jako momentalnie pokochana przez wszystkich mieszkańców córka uwielbianej królowej, postanawia naprawić sytuację w królestwie, a przy okazji odzyskać pewien klucz, który ma pozwolić jej otworzyć ostatni prezent pozostawiony jej przez niedawno zmarłą mamę.


Plejada gwiazd występujących w filmie jest długa, ale niestety ich potencjał został całkowicie zaprzepaszczony. Mielizn fabuły tego widowiska nawet najlepsze aktorstwo nie dałoby rady wyciągnąć na powierzchnię. A co najsmutniejsze, po znakomitym aktorstwie Mackenzie Foy, jakie zaprezentowała w Interstellarze (Christopher Nolan, 2014), nie ma nawet śladu.
Największym problemem w kwestii bohaterów jest ich ekspozycja – naprawdę ciężko zżyć się z kimkolwiek, a co za tym idzie, ciężko widzowi nawiązać z bohaterami jakąś relacje, która mogłaby prowadzić do tego, że chcielibyśmy im kibicować w zmaganiach z meandrami fabuły.


I choć naprawdę doceniam, wszelkie względy estetyczne i to, że z Clary zrobiono rezolutną dziewczynę, która sama jest bohaterem swojej historii, poza tym ten film mnie po prostu nie kupił. Dzięki swojemu słabemu world buildingowi, prostocie fabuły i przewidywalności raczej nie będzie filmem, do którego będę wracać. Bo jakoś nawet ten świąteczny klimat udał się dość średnio. Ostatecznie wyszła z tego śliczna wydmuszka. Czy może raczej bombka.



25 listopada 2018

#50 Chilling Adventures of Sabrina S01 (Netflix, 2018- )


Główna obsada: Kiernan Shipka, Michelle Gomez, Lucy Davis, Miranda Otto, Ross Lynch
Liczba sezonów: 1
Liczba odcinków: 10
„To nie jest nasza Sabrina”. „Nigdy nie pozwoliłybyśmy naszej Sabrinie tak się zachowywać”. Tak o najnowszej produkcji Netflixa mówią aktorzy, których mogliśmy oglądać w telewizyjnym hicie lat 90. Obok licznych głosów sprzeciwu, słychać też wyrazy uznania. Jedno i drugie można uznać za trafną reakcję.
W swoim czasie Sabrina, nastoletnia czarownica (ABC, 1996) trafiła na bardzo podatny grunt popularności nastoletnich czarownic w popkulturze. Wówczas magia służyła głównie jako metafora dojrzewania, ukazując młode czarownice, które uczyły się panować nad swoimi mocami zgodnie z zaleceniami dorosłych, a także które – w przeciwnym przypadku – wymykały im się spod kontroli. Dziś opowieści o czarownicach skupiają się raczej na kobietach, chwytających moc obiema rękami w świecie, który wcale nie chce, aby ją posiadały. O kobietach obdarzonych potęgą, które mają odwagę skierować ją przeciwko tym, którzy je ograniczają. Chilling Adventures of Sabrina podaje w wątpliwość obie strategie.


Sabrina Spellman (w tej roli Kiernan Shipka znana z serialu Mad Men (AMC, 2007-2015)) w dniu szesnastych urodzin zostaje postawiona przed trudnym wyborem. Albo zachowa swoje spokojne życie, albo przyłączy się do sabatu czarownic, porzucając status śmiertelniczki. Wybierając to drugie dziewczyna musi złożyć przyrzeczenia przed samym Szatanem, jednak warunki stawiane przez siły zła nie są jej na rękę. Co ciekawe, Sabrina mówi o tym głośno, dobitnie, w zdecydowanie feministyczny sposób. Widać to w scenie, w której nastolatka wyraża niezadowolenie, że w chwili podpisania cyrografu musi być dziewicą. Bohaterka nie zgadza się z faktem, że ktoś inny może określać jak powinna traktować swoje ciało.
Do połowy pierwszego sezonu śledzimy rozterki młodej czarownicy, a także zachowania dorosłych, którzy próbują przekonać dziewczynę do podjęcia, w ich mniemaniu, właściwej decyzji. Jednym z nich jest Wysoki Kapłan Kościoła Nocy. Wszystko w gruncie rzeczy sprowadza się do dylematu nastolatki. Czy moc rzeczywiście jest drogą do wzmocnienia jej pozycji jako kobiet, czy może kolejną pułapką, aby ją zniewolić?


Ważny jest też wątek religii. Przedstawiony w serialu Kościół Nocy jest właściwie metaforą fanatyzmu. Duchowni przewodnicy zawsze będą stawiać siebie i swoją stronę ponad inne wierzenia, niezależnie od tego, czy mowa o portretowaniu satanizmu jako wolnej woli, czy nawet o usprawiedliwianiu dyskryminacji. Dla Sabriny Kościół Nocy jest jedyną religią, jaką zna, dlatego włączenie się do jego struktur było rzeczą po prostu  oczywistą. Chilling Adventures of Sabrina jest więc refleksją nad ideami, które w zależności od okoliczności stają się dla nas ważne – jak wiele z nich zależy w gruncie rzeczy od tego, gdzie się urodziliśmy i jakie wartości nam wpojono.
Kolejnym motywem serialu jest śmiertelne życie Sabriny. Jego ważną częścią jest Harvey Kinkle (Ross Lynch), a także jej dwie przyjaciółki – Rosalind Walker (Jaz Sinclair) i Susie Putnam (Lachlan Watson). Ta ostatnia boryka się ze szkolnym prześladowaniem, co nakłania Sabrinę do założenia szkolnego stowarzyszenia żeńskiego, co również jest bardzo mocno zaakcentowanym feministycznym posunięciem. 


Istotną rolę w życiu Sabriny pełni również jej rodzina – relacje pomiędzy ciotkami, Hildą (Lucy Davis) i Zeldą (Miranda Otto) oraz nauczycielką Mary Wardell, której ciało zostało przyjęte przez czarownicę, jak dowiadujemy się na początku pierwszego odcinka. W tej roli niezastąpiona Michelle Gomez. Nie jest to może równie popisowa kreacja jak w Doctorze Who (BBC, 2005- ), jednak nie przeszkadza to aktorce w kradzieży każdej sceny, w której tylko się pojawia.
Nowemu wcieleniu Sabriny, z pewnością nie brakuje wad oraz niedociągnięć logicznych, jednak sama dawka rozrywki zawarta w fabule jest na tyle intensywna, że bez większego trudu można przymknąć na nie oko. Jeśli dodamy do tego, że Chilling Adventures of Sabrina porusza ważne i aktualne tematy na czele z patriarchatem, wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn czy to, w jaki sposób religia zniewala wiernych, wybaczenie niedociągnięć przyjdzie jeszcze łatwiej.



20 listopada 2018

#49 Utoya, 22 lipca (Erik Poppe, 2018)

Główna obsada: Andrea Berntzen, Aleksander Holmen
Scenariusz: na podstawie prawdziwych wydarzeń
Muzyka: Wolfgang Plagge
Zdjęcia: Martin Otterbeck

Tragedia na wyspie Utøya trwała długie 72 minuty. 72 minuty obezwładniającego strachu i niebywałej odwagi, 72 minuty oczekiwania na pomoc. Zamach przedstawiony w Utøya, 22 lipca również trwa 72 minuty, a dzięki kręceniu z ręki, dramatycznym zbliżeniom na twarze poszkodowanych, gdzie najgłośniejszym dźwiękiem jest oddech ich głosów i nieopadające napięcie sprawia, że ciężko nie wyjść z kina roztrzęsionym.
Przez to, że zamach miał miejsce z dala od wielkich miast, w mediach przetrwał jedynie jako streszczenia w wiadomościach i dramatyczne relacje ocalałych. Film Erika Poppe pozwala nam jednak spojrzeć na wydarzenia oczami ich uczestników. Główna bohaterka, Kaja, której towarzyszymy przez cały czas jest empatyczna, chce ratować siostrę, narażając siebie i czasami innych na niebezpieczeństwo, wykazuje się wielką odwagą, by chwilę później leżeć na leśnym poszyciu sparaliżowana strachem.


Film otwiera scena, w której Kaja mówi wprost do kamery: Nigdy tego nie zrozumiecie. Bardzo szybko okazuje się jednak, że nie było to do końca typowe łamanie zasady czwartej ściany, bo Kaja rozmawia przez telefon za pomocą niewidocznego na początku zestawu słuchawkowego. Stopniowo wraz z nią zagłębiamy się w obozowisko pełne młodzieży. Kaja sprzecza się z siostrą, która według niej nie okazuje respektu wobec niedawnego zamachu z Oslo i wobec cierpiących i bojących się o swoje rodziny współobozowiczów. Choć temat jest obecny w ich rozmowach i zastanawiają się, czyją właściwie może być winą, wciąż panuje wśród nich względnie wakacyjny nastrój. To wszystko drastycznie się kończy, gdy wkoło zaczynają padać pierwsze strzały. Rozpoczyna się dramatyczna walka o przetrwanie, a bicie serce mimowolnie przyspiesza tempa.
Andrea Berntzen swoją grą aktorską sprawia, że bardzo łatwo zżyć się z bohaterką, której nieustannie towarzyszy kamera. Postać Kai została zbudowana na podstawie relacje tych, którzy przeżyli atak. Nie jest odwzorowaniem losów tylko jednej osoby, ale wielu z nich i dzięki temu oddaje różne postawy, jakie przyjmowali uczestnicy tragicznych wydarzeń.
Dużą siłą filmu jest z pewnością nakręcenie go w jednym ujęciu (nawet jeśli w rzeczywistości sprytnie poukrywane są gdzieś niewidoczne cięcia montażowe) oraz skupienie się wyłącznie na ofiarach. Sam Brevik nie pojawia się jako nic więcej niż odległy cień sylwetki. 


Próba oddania wydarzeń tak świeżych w zbiorowej tożsamości wiąże się z wielkimi oczekiwaniami. Poppe jednak spisał się znakomicie, rewelacyjnie oddając tę nieludzką sytuację – przez cały film czuć namacalne napięcie. I nawet jeśli nie wszystkim się ten film spodobał, bo stwierdzili, że przekracza on pewne granice przyzwoitości, zdecydowanie warto się z nim zapoznać. Choćby po to, by wyrobić sobie o nim opinię.



6 listopada 2018

#48 Winni (Gustav Möller, 2018)

Główna obsada: Jakob Cedergren
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Carl Coleman, Caspar Hesselager
Zdjęcia: Jasper Spanning

Debiutancki film Gustava Möllera to jeden z nielicznych kandydatów do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, który dany jest (lub będzie) obejrzeć w szerokiej dystrybucji kinowej.


Winni to kino jednego aktora. Cały ciężar narracji spoczywa na barkach Jakoba Cedergrena w roli Asgera Holma, duńskiego policjanta. Asger został zawieszony dyscyplinarnie i za karę musi dyżurować przy telefonie alarmowym. A jeśli centrale alarmowe w rzeczywistości działają w Danii tak, jak pokazano, to zazdroszczę im tak spokojnego kraju. Początkowo Asger jest opryskliwy, przelewa agresję na dzwoniących, wyraźnie widać, że nie powinien pracować w takim miejscu – chyba nikt z dzwoniących na numer 112 nie chciałby usłyszeć nie mam teraz czasu od dyspozytora. Lecz jeden telefon zmienia wszystko, a Asger poświęca całą swoją uwagę, by rozwiązać sprawę dotyczącą kobiety, która twierdzi, że została porwana. A nawet angażuje się o wiele bardziej, niż można by się spodziewać i niż powinien.
Film od początku do końca trzyma w napięciu, choć ostatecznego rozwiązania można się domyślić, o wiele wcześniej niż zostaje ono wyłożone przed widzem. Nie tylko główna oś fabularna utrzymuje zaangażowanie oglądającego – czyni to również ciekawość dotycząca tego, dlaczego właściwie Asger skończył w dyspozytorni. Na przestrzeni całego filmu podrzucane są strzępy informacji, ale całej prawdy dowiadujemy się dopiero w końcowej scenie.   


Same rozmowy telefoniczne również są bardzo dobrze napisane, nie da się znaleźć w nich nawet grama sztuczności. Zresztą nie tylko dialogi odgrywają w tym filmie kolosalną rolę, ale równie duże znaczenie ma dojmująca cisza przerywana jedynie sygnałem oczekiwania na połączenie. 
I choć film wykorzystuje z powodzeniem formę zastosowaną już przypadku Locke’a (Steven Knight, 2013), ani nie jest to też pierwszy film o dyspozytorni alarmowej (na przykład Połączenie (Brad Anderson, 2013)). Przewagą Winnych nad tym drugim jest jednak niezwykle umiejętne wykorzystanie jednego aktora i jednego miejsca, gdzie możemy operować jedynie światłem i dźwiękiem. I to Möllerowi wyszło świetnie.



4 listopada 2018

#47 Dziewczyna w sieci pająka (Fede Alvarez, 2018)

Główna obsada: Claire Foy,  Sylvia Hoeks, Sverrir Gudnason
Scenariusz: na podstawie powieści
Muzyka: Roque Baños
Zdjęcia: Pedro Luque

To już trzecia próba podejścia do tematu ekranizacji powieści o Lisbeth Salander – tyle tylko, że tym razem, zamiast zaczynać od początku, wzięto na warsztat najnowszą odsłonę powieści. Co nas nie zabije nie jest już jednak autorstwa Stiega Larssona, a Davida Lagercrantza.


Dziewczyna w sieci pająka, podobnie jak poprzednie części trylogii skupia się na postaci Lisbeth Salander – sławnej hakerki, dla której nie ma zabezpieczeń, których nie można złamać i znanej obrończyni uciśnionych kobiet. Film koncentruje się również na jej dzieciństwie, pokazując powód, dla którego uciekła z domu.
Całość pozostawia jednak wiele do życzenia. Film posiada wiele scenariuszowych mielizn, koniec końców stając się pewnego rodzaju wydmuszką. I nawet szybkie tempo i ilość scen akcji nie są w stanie takiego wrażenia zagłuszyć. Dziewczyna w sieci pająka nie jest co prawda aż tak zła, jak niedawna ekranizacja innego skandynawskiego kryminału Pierwszy śnieg (Tomas Alfredson, 2017), ale niewiele jej brakuje.  


Głównym wątkiem fabularnym jest wykradnięcie przez bohaterkę bardzo ważnego, tajnego oprogramowania na zlecenie jego autora, do którego po czasie dotarło, co właściwie uczynił, oddając tak śmiercionośny program w ręce amerykańskiego rządu. Lisbeth bez większych trudności go wykrada, ale równie szybko go traci. Już to wydaje się grubymi nićmi szyte, że taka świetna hakera, tak łatwo dała się namierzyć i co gorsza, nie jest to jedyny moment, kiedy daje się oszukać w ten sposób.
Na natężeniu akcji niestety traci kreacja bohaterów – dlatego też ostatecznie dość ciężko kupić całą dramę kreowaną przez siostrę Lisbeth, Camillę. Sama kreacja tej bohaterki bazuje głównie na kontraście z Lisbeth, który niestety opiera się w dużej mierze na prawie albinoskim wyglądzie i krwistoczerwonym kostiumie. Mikael Blomkvist, tak ważna postać w poprzednich odsłonach cyklu tutaj jest ledwie cieniem, którego budowę twórcy postanowili chyba zbudować go na podstawie jego poprzednich wcieleń. Mimo wszystko najbardziej chyba jednak żal zaprzepaszczonej postaci samej Lisbeth – film, zamiast stanowić ważny komentarz polityczno-feministyczny, stał się typowym akcyjniakiem. 


Claire Foy dwoi się i troi, ale tej historii nie uratowałby nawet najlepszy aktor świata. Może nie ma tragedii, ale dobrze z pewnością też nie jest.



19 października 2018

#45 The World Is Yours (Romain Gavras, 2018)

Główna obsada: Karim Leklou, Isabelle Adjani, Vincent Cassel, Oulaya Amamra
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Jamie XX
Zdjęcia: André Chemetoff

The World is Yours (Romain Gavras, 2018) program festiwalu Nowe Horyzonty reklamował jako film, z powodu którego Guy Ritchie będzie zgrzytał zębami z zazdrości. I może rzeczywiście tak będzie.


Romain Gavras upakował w niespełna dwóch godzinach naprawdę sporo dobrego kina. Główny bohater, François (Karim Leklou) jest dilerem – tyle tylko, że jego pozycję pomniejszego gangstera zestawiono z kontrastującym charakterem. François jest bowiem spokojny, niepewny siebie i do bólu uczepiony maminej spódnicy, co jest powodem większości jego problemów. Kiedy decyduje się on na zerwanie z kryminalnym półświatkiem na rzecz otwarcia legalnego biznesu za odłożone pieniądze, okazuje się to o wiele trudniejsze niż przypuszczał, ponieważ pieniądze oddane na przechowanie mamusi rozpłynęły się w powietrzu. François decyduje się na ostatnią fuchę, która pozwoli mu zdobyć potrzebny kapitał – wraz z wujem, byłą dziewczyną kleptomanką oraz dwoma niezbyt rozgarniętymi Mohamedami rusza do zalanej słońcem Hiszpanii by tam dobić targu z brytyjskim handlarzem narkotykami.   


Oczywiście nic nie może iść po jego myśli, więc cała podróż szybko przeradza się w istną mieszankę wybuchową, pełną absurdu, odwołań do Tarantino i klasyki filmu gangsterskiego (sam tytuł nawiązuje do Człowieka z blizną (1932, Howard Hawks)). Romain Gavras doskonale zresztą odnajduje się w zabawie konwenansami, stereotypami i nawiązaniami do obecnej sytuacji migracyjnej.
Toksyczną i samolubną matkę gra świetna Isabelle Adjani, a partneruje jej Vincent Cassel wcielający się w rolę zafascynowanego teoriami spiskowymi, żyjącego w swoim własnym świecie wuja. Całkiem zabawne jest, gdy po obejrzeniu całej serii filmików o iluminatach zaczyna dostrzegać trójkąty dosłownie wszędzie. 


Jedyny zarzut jaki można mieć do tego filmu to właściwie data polskiej dystrybucji, ponieważ to film typowo letni, chociaż może właśnie okaże się świetną odskocznią dla jesiennej pogody i miłym wspomnieniem upalnego lata.



16 października 2018

#44 Źle się dzieje w El Royale (Drew Goddard, 2018)

Główna obsada: Jeff Bridges, Cynthia Erivo, Dakota Johnson, Jon Hamm, Chris Hemsworth, Lewis Pullman
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Seamus McGarvey

Źle się dzieje w El Royale (Drew Goddard, 2018) powinien spodobać się fanom filmów Quentina Tarantino i braci Coen. Skojarzenia z tym pierwszym, przynajmniej w moim odczuciu, są o wiele silniejsze. Nienawistna ósemka (Quentin Tarantino, 2015) przychodzi na myśl przynajmniej kilkukrotnie w trakcie seansu. Nic zresztą dziwnego, skoro filmy również fabularnie mają kilka punktów wspólnych.
W obu przypadkach mamy do czynienia z miejscem, w którym zostaje uwięziona grupa nieznajomych, skrzętnie skrywających przed innymi swoje sekrety. Tak naprawdę jednak to samo miejsce skrywa najmroczniejsze sekrety ze wszystkich. Hotel El Royale działający na granicy dwóch stanów – Kalifornii i Nevady, więc każdy z zatrzymujących się gości może wybrać, w którym stanie chciałby zamieszkać. I choć kiedyś miejsce to było na tyle popularne, że ciężko było znaleźć w nim wolny pokój, lata świetności ma już dawno za sobą, do czego na pewno częściowo przyczyniła się utrata licencji na sprzedaż alkoholu i uprawianie hazardu po stronie Nevady.


Rewelacyjny casting z pewnością stanowi o sile tego filmu. Nie ma tu nietrafionego wyboru – Jeff Bridges jest doskonały jako ojciec Flynn, Jon Hamm świetnie się sprawdza w roli pewnego swojego uroku osobistego komiwojażera (ze względu na osadzenie akcji w scenografii z lat 60. jego wybór nie wydaje się całkowicie przypadkowy), Dakota Johnson niedającej sobie w kaszę dmuchać kobieta, a Chris Hemsworth jako przywódca hippisowskiej sekty, który po raz kolejny pokazał, że nie należy go wciskać do szufladki z napisem bóg piorunów, ponieważ ma jeszcze bardzo dużo do pokazania. A co ważniejsze potrafi podołać postawionym przed nim zadaniom.   


W pozostałych aspektach film również radzi sobie świetnie. Konstrukcja filmu przypomina trochę Nienawistną ósemkę (Quentin Tarantino, 2015) – składa się ona z kilku segmentów, dzięki czemu zyskujemy możliwość zobaczenia tego samego wydarzenia z perspektywy różnym postaci. I choć czasami taki zabieg kończy się kompletną klapą, ponieważ całość staje się dla widza po prostu nużąca, w przypadku Źle się dzieje w El Royale (Drew Goddard, 2018) udało się utrzymać zainteresowanie dzięki temu, że każde spojrzenie bardzo mocno rozbudowuje nam historię, a nie jest jedynie oglądaniem tej samej sceny nakręconej pod innym kątem.
Sama fabuła jest naprawdę ciekawa i wciągająca na tyle, że właściwie nie czuć tych przeszło dwóch godzin spędzonych przed ekranem. Nielinearna narracja zdecydowanie służy filmowi, a dzięki niej intryga rozwija się przed widzem powoli, stopniowo podrzucając mu kolejne tropy. Pozwala to również dobrze zbudować bohaterów, przedstawić ich historię, motywacje oraz cele, do których dążą. 


Warto zwrócić uwagę również na niezwykle dopracowaną scenografię – każdy szczegół hotelu dokładnie oddaje dekadę, z której pochodzi, a to wszystko dopełnia jeszcze doskonale dobrana ścieżka muzyczna. Fani produkcji osadzonych w latach 60. powinni być zachwyceni. Zresztą nie tylko oni. Bo to po prostu diabelnie dobry film, który nie tylko świetnie się ogląda i jest wielką porcją świetnej rozrywki, ale i pozostaje z widzem na dłużej.



© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Malihu
x