Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

21 stycznia 2018

#24 Wielkie kłamstewka S01 (HBO, 2017)

Główna obsada: Nicole Kidman, Reese Witherspoon,  Shailene Woodley, Laura Dern
Liczba sezonów: 1
Liczba odcinków: 7
Czas trwania odcinka: 1 godzina

Wielkie kłamstewka przeszły przez serialowy światek głośnym echem, które ucichło jednak zbyt szybko. Zabrałam się za nie już dawno, ale wtedy coś mi przeszkodziło, a potem już nie udało mi się do serialu wrócił. Ale na fali nadrabiania zeszłorocznych zaległości postanowiłam zrobić do niego jeszcze jedno podejście. Było warto, zdecydowanie było warto.
Ten miniserial składa się zaledwie z siedmiu, niespełna godzinnych, odcinków, więc to właściwie bardziej długi film niż serial. Całość trzyma w ciągłym napięciu, ponieważ już od pierwszego odcinka pojawiają się przerywniki z przesłuchań różnych osób, z których wyraźnie wynika, że zostało popełnione morderstwo. Co ciekawe, aż do końcówki ostatniego odcinka nie pojawiają się fragmenty przesłuchań żadnego z ważniejszych bohaterów i tak naprawdę aż do ostatnich minut nie wiemy nie tylko, kto zabił, ale również kto właściwie zginął.  


Niezaprzeczalnie cały ten serial kradną świetnie napisane postacie kobiece i to jest jego największą siłą. Chociaż mogłoby się wydawać, że produkcji o bogaczach mieszkających w wielkich domach powstało na pęczki, można by tu wymienić choćby Gotowe na wszystko, to Wielkie kłamstewka niosą ze sobą powiew świeżości zaglądając o wiele głębiej. Serial wielokrotnie pokazuje, że w takich bogatych dzielnicach jak ta, w której dzieje się akcja, duża część życia to udawanie. Po części to właśnie małomiasteczkowość bogaczy, którym wydaje się, że wiedzą wszystko o wszystkich, podczas gdy nie wiedzą tak naprawdę niczego, prowadzi do tragedii.
Niezaprzeczalnie gwiazdami tego serialu są Witherspoon i Kidman, które obsadzają główne role. Partnerująca im Shailene Woodley nie odstaje od nich jednak w widoczny sposób. Na uwagę zasługują tutaj również Alexander Skarsgård, jak również odtwórcy ról dziecięcych, którzy poradzili sobie świetnie.  


Dodatkowo dużym atutem Wielkich kłamstewek jest klimatyczna muzyka (utwór z czołówki idealnie pasuje do serialu), jak również zdjęcia, które pięknie oddają idylliczną scenerię.
Tylko odrobinę niepokoją zapowiedzi powstania drugiego sezonu, któremu, co ciekawe, bardzo wyraźnie sprzeciwia się Jean-Marc Vallée, reżyser sezonu pierwszego, który stanowi zamkniętą całość. Moim zdaniem drugi sezon, o ile pociągnie historię z jedynki, raczej nie ma szans, by być produkcją równie dobrą. Chyba że powstanie scenariusz o zupełnie innych osobach, jedynie lekko się zazębiający z serią pierwszą lub w ogóle funkcjonujący jako zupełnie odrębny twór. 


Wielkie kłamstewka to serial bardzo dobry, w dużej mierze zbudowany na narastającym napięciu i podtrzymywaną z odcinka na odcinek ciekawością, którą tylko podsyca. Ale co jeszcze ważniejsze, serial jest bardzo ważny ze względu na poruszane tematy. Bo może uświadomi przynajmniej grupie osób, że przemoc domowa nie występuje tylko w patologicznych rodzinach i być może znajdzie się na świecie chociaż jednak kobieta, która uzmysłowi sobie, że jest Celeste i że jest dla niej nadzieja i ratunek.



18 października 2017

#14 Twój Vincent (Dorota Kobiela, Hugh Welchman, 2017)

Główna obsada: Douglas Booth, Eleanor Tomlinson, Helen McCrory, Jerome Flynn, Robert Gulaczyk, Saoirse Ronan, Aidan Turner
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Clint Mansell
Zdjęcia: Tristan Oliver, Łukasz Żal

Twój Vincent to film naprawdę oszałamiający. Teksty widniejące na plakatach to nie kłamstwa. I myślę, że niezależnie od tego, z jak dużą wiedzą na temat tego, w jaki sposób film powstawał, przyjdziemy do kina, i tak nas zaskoczy. Bo po prawdzie dopiero oglądając dociera do nas, jaki kolosalny ogrom pracy został, w stworzenie tego dzieła, włożony. Najpierw bowiem nakręcono go tradycyjnie, z udziałem aktorów, by następnie każdą z 65 tysięcy klatek zamienić na obraz olejny, namalowany na płótnie w tej samej technice, jaką stosował Van Gogh. Nie bez powodu jest to pierwszy pełnometrażowy film na świecie, który powstał dzięki ręcznie malowanym obrazom. Jest to tym bardziej wyjątkowe, że obecnie coraz bardziej odchodzi się od klasycznej animacji na rzecz animacji komputerowej.  
To film na pewno przełomowy i z niecierpliwością czekam na ogłoszenie Oscarowych nominacji, mając gorącą nadzieję, że Twój Vincent znajdzie się na liście. Tym bardziej cieszy mnie, że to polsko-brytyjski projekt, bo naprawdę jest się czym chwalić.


Nie dość, że film jest wizualną perełką i absolutnym unikatem, przedstawiona historia również jest niezmiernie ciekawa, balansująca gdzieś na granicy pomiędzy kryminałem a filmem biograficznym, mimo że Twój Vincent w teorii filmem biograficznym nie jest, ale i mimo to, wielu ciekawych rzeczy można się z niego o Van Goghu dowiedzieć.
Historię poznajemy oczami Armanda Roulina, któremu ojciec zleca dostarczenie jednego z ostatnich listów Vincenta jego bratu, Theo. Gdy Armand przybywa jednak do Paryża, dowiaduje się, że Theo zmarł niedługo po swoim bracie, więc rozpoczyna podróż mającą na celu znalezienie najodpowiedniejszego odbiorcy listu, która szybko przeradza się w próbę zrozumienia, dlaczego i w jaki sposób właściwie umarł Vincent. Poprzez rozmowy z innymi bohaterami powoli odsłania się przed nami świat Vincenta. I z opowiedzianą historią jest trochę tak, jak z samym Van Goghiem – nadal nie wiemy, co się właściwie stało, a każda z postaci widziała artystę trochę inaczej.
A całość dopełnia dodatkowo jeszcze przepiękna i idealnie wpasowująca się w klimat obrazu muzyka autorstwa Clinta Mansella. Loving Vincent to zdecydowanie jedno z lepszych dzieł kompozytora. 


Ciężko jednak w przypadku Twojego Vincenta odejść w rozważaniach na długo od jego warstwy wizualnej, która jest przemyślana w każdym detalu. Warto wspomnieć, że każdy z pojawiających się w filmie bohaterów został zainspirowany postacią z obrazów Van Gogha. Każda scena rozgrywająca się w rzeczywistości (sceny retrospekcji wyraźnie odróżniają się od reszty filmu – namalowane w czerni i bieli, w stylu bardziej realistycznym) jest namalowana w charakterystycznym dla Van Gogha stylu – i w charakterystycznych dla malarza barwach. Zdecydowana większość filmu opiera się zatem na schemacie dopełnieniowym żółci i granatu, co doskonale oddaje choćby ubiór głównego bohatera, który nosi na sobie musztardową marynarkę i kapelusz z niebieską chustą. Schemat kolorystyczny rzuca się w oczy już od pierwszych scen historii, choćby w scenie rozmowy Armanda z jego ojcem – ojciec ubrany na granatowo pojawia się na tle żółtych ścian kafejki, dobrze znanej z obrazu Van Gogha chyba nawet tym, którzy z malarstwem nie mają absolutnie nic wspólnego, natomiast sam Armand pojawia się na granatowym tle miasta.


Może dodam jeszcze słówko na temat dwuznaczności angielskiego tytułu, której niestety troszkę mi zabrakło w jego polskim odpowiedniku, ponieważ Loving Vincent, to nie tylko podpis, jakiego używał Van Gogh w swoich listach, ale również wyraz miłości dla postaci. Czy będzie tu mowa o miłości innych bohaterów czy raczej twórców lub nas jako odbiorców, na to pytanie należy już odpowiedzieć sobie samemu.



9 sierpnia 2017

#5 Dunkierka (Christopher Nolan, 2017)

Główna obsada: Fionn Whitehead, Tom Hardy, Mark Rylance, Tom Glynn-Carney, Harry Styles, Cillian Murphy
Scenariusz oryginalny
Muzyka: Hans Zimmer
Zdjęcia: Hoyte Van Hoytema

Jako zagorzała fanka filmów Christophera Nolana uważam, że powinny mieć one na plakatach naklejki informujące o gwarancji jakości. Naprawdę. Spodziewałam się, że jego najnowsza produkcja będzie dobrym filmem. Może nawet bardzo dobrym. I choć szłam do kina z dość wysokimi oczekiwaniami, Dunkierka zdołała je wszystkie przebić.
Dunkierka ma spore szanse na to, by przejść do historii. By być stawianym obok takich dzieł jak Czas Apokalipsy, Szeregowiec Ryan (gdzie właściwie świetnie pasuje, bo mamy tu odrobinę inne przesłanie niż dwa poprzednie) czy innych wybitnych obrazów gatunku.


Wspaniała kombinacja muzyki, zdjęć i gry aktorskiej (tylko wzmacniana przez otwierającą scenę, kiedy obserwujemy żołnierzy przemierzających opustoszałą Dunkierkę w poszukiwaniu jedzenia, wody i niedopalonych papierosów) sprawia, że bardzo szybko zżywamy się z wszystkimi bohaterami, z każdym anonimowym żołnierzem i z całego serca kibicujemy ich powrotowi do domu. Dużą rolę odgrywa tutaj naprawdę dobra obsada – w której pojawiają się znane nazwiska, jak choćby Tom Hardy czy Cillian Murphy, a u ich boku występują debiutanci (dla przykładu odgrywający dość znaczące rolę Fionn Whitehead czy Tom Glynn-Carney), którzy nie odstają w widoczny sposób od gwiazd światowego formatu. Nawet Harry Styles, którego występu trochę się obawiałam, odwalił kawał dobrej roboty i okazał się całkiem dobrym aktorem, a nie wyłącznie idolem nastolatek (co po prawdzie może bardzo przysłużyć się filmowi i dotrzeć do grupy wiekowej, która w założeniu prawdopodobnie nie miała być jego głównym odbiorcą) – choć sam Nolan przyznawał później, że w trakcie castingów nie miał pojęcia o tym, że Styles jest kimś sławnym i zatrudnił go wyłącznie dlatego, że świetnie nadawał się do roli.
W Dunkierce niezwykle ważną rolę odgrywa zdolność aktorów do przekazywania emocji mimiką twarzy. Bo właściwie to film, gdzie nie pojawia się dużo dialogów – wiele scen jest niemych, ilustrowanych tylko dźwiękami samolotów, wystrzałów lub odległych krzyków, ale to wszystko przyćmiewa rewelacyjna ścieżka dźwiękowa napisana przez Hansa Zimmera (no bo też przez kogo by innego?). Trzeba przyznać, że mistrz wraca do dawnej formy, choć może to wynikać po prostu ze współpracy z Nolanem.


Postawienie na bohatera zbiorowego może nie każdemu odbiorcy przypadnie do gustu, ale mnie przekonało. Bo czy właśnie nie jest tak, że żołnierzy, często wysłanych na front niekoniecznie zgodnie z ich wolą, którzy chcą po prostu wrócić do domu cali i zdrowi, jest o wiele więcej niż wielkich bohaterów? Wielcy bohaterowie znajdują swoje miejsce na kartach historii jak choćby Desmond Doss, protagonista ubiegłorocznej, nominowanej do Oscara Przełęczy ocalonych. Dunkierka w dość dosłowny sposób stara się nam przekazać, że czasami przeżycie również jest zwycięstwem. Uważam, że to dobrze, że tym razem postawiono właśnie na nich.
Nie można Nolanowi odmówić talentu. Ale w jego filmach widać też ogrom pracy – obraz jest prawdziwym reżyserskim majstersztykiem. W Dunkierce na próżno szukać tanich chwytów za serce, zjawiskowych efektów specjalnych czy wzniosłych, niemalże propagandowych monologów o poświęceniu dla dobra ojczyzny. Scenariusz, w którym nie ma żadnych niepotrzebnych scen, dopełniają rewelacyjne zdjęcia Van Hoytema, doskonale zmontowane przez Lee Smitha, a to wszystko oprawione wspaniałą muzyką Zimmera sprawiło, że na blisko dwie godziny zapomniałam jak się oddycha.


© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Malihu
x