Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2019

#57 Pierwszy człowiek (Damien Chazelle,2018)

Główna obsada: Ryan Gosling, Claire Foy
Scenariusz: na podstawie biografii
Muzyka: Justin Hurwitz
Zdjęcia: Linus Sandgren

Poprzednie filmy Damiena Chazelle postawiły przed Pierwszym człowiekiem naprawdę wysoką poprzeczkę. I mimo gwiazdorskiej obsady i połączenia sił po raz kolejny z Justinem Hurwitzem, finalny efekt trochę zawodzi oczekiwania. Może Chazelle najlepiej wychodzą po prostu filmy o muzyce?
Pierwszy człowiek opowiada historię programów Gemini i Apollo z perspektywy Neila Armstronga. I choć transmisja lądowania na Księżycu czy słynne słowa Mały krok dla człowieka, wielki dla ludzkości są powszechnie znane, twórcy postanowili pokazać nam inną stronę tej opowieści. Nie jest to jednak przepełniona patosem amerykańska historia o zwycięstwie i chwale, ale bardziej skupienie się na kameralnym dramacie człowieka. Podobno na rodzica, który stracił dziecko, nie ma żadnego szczególnego określenia dlatego, towarzyszy temu ból zbyt rozdzierający, by nadać jakąkolwiek nazwę. To właśnie spotkało Neila Armstronga, który z powodu choroby stracił kilkuletnią córkę, Karen. Jej śmierć nie jest pokazana jako źródło siły ani powód depresji, ale raczej jak coś, co towarzyszy bohaterowi w każdej chwili – jako coś, z czym musi on nauczyć się żyć i coś, co go nie opuszcza mimo upływu lat. Patrząc na to w tym kontekście, ostatnie sceny można uznać za symboliczne pożegnanie się z córką, jako rodzaj świeżego początku, jakim dla jego żony był udział Neila w programie Gemini i przeprowadzka do Florydy.


Oprócz prywatnego dramatu Neila obserwujemy również stopniowy rozpad rodziny Armstrongów, co ostatecznie doprowadziło do ich rozwodu w 1994 roku, 25 lat po tym, jak Neil postawił stopę na srebrnym globie. Początki problemów widać już jednak w Pierwszym człowieku – Neil, mimo tego, że był niezwykle szanowany przez kolegów i społeczeństwo, stopniowo oddalał się od rodziny. Koncentruje się na karierze i nauce, która zdawała się dla niego pewną odskocznią po śmierci córki, nie zważając na to, jaki ma to wpływ na żonę i synów. Ten wątek, choć drugoplanowy jest dość mocno zarysowany, mimo swojej pozornej subtelności.
Chociaż Pierwszy człowiek skupia się na warstwie dramatycznej i przez to w znaczący sposób odstaje od większości pozostałych produkcji opowiadających o kosmosie, warstwa efektów specjalnych wypada bardzo solidnie, choć nie aż tak efektownie, jak mogliśmy to obserwować choćby w Interstellar (Christopher Nolan, 2018) czy Grawitacji (Alfonso Cuarón, 2013). Zamiast rozgwieżdżonego nieba, możemy oglądać bezdenną i głuchą pustkę kosmosu, zdając sobie sprawę, jak nieznaczącym bytem jesteśmy wobec ogromu wszechświata.
   

Justin Hurwitz jak zwykle funduje niesamowity soundtrack, który jest wprost przepiękny i idealnie pasuje do każdej ze scen. Szczególnie zapada w pamięć utwór The Landing towarzyszący odłączeniu modułu księżycowego aż do momentu bezpiecznego lądowania na powierzchni Księżyca. A skoro już przy muzyce jesteśmy, to warto też dodać, że skupienie twórców na detalach było na tyle duże, że dźwięk startującej rakiety nie został syntetycznie wyprodukowany w studio, ale został nagrany podczas wystrzelenia Falcon Heavy na początku tego roku.
Doskonałej ścieżce dźwiękowej towarzyszą wspaniałe zdjęcia, świetnie wykorzystujące niuanse fabuły dla budowania dramatyzmu (jak ciasne ujęcia z wnętrza statków kosmicznych, rozedrgana kamera, zbliżenia na detale). 


Warto zwrócić uwagę również na niezwykle dopracowaną scenografię – każdy szczegół hotelu dokładnie oddaje dekadę, z której pochodzi, a to wszystko dopełnia jeszcze doskonale dobrana ścieżka muzyczna. Fani produkcji osadzonych w latach 60. powinni być zachwyceni. Zresztą nie tylko oni. Bo to po prostu diabelnie dobry film, który nie tylko świetnie się ogląda i jest wielką porcją świetnej rozrywki, ale i pozostaje z widzem na dłużej.
I tylko brak nominacji do Oscara dla muzyki Justina Hurwitza jest prawdziwym nieporozumieniem.



1 stycznia 2019

#55 Black Mirror: Bandersnatch (David Slade, 2018)

Główna obsada: Fionn Whitehead, Will Poulter, Asim Chaudhry, Alice Lowe
Scenariusz: oryginalny, film interaktywny
Zdjęcia: Jake Polonsky

Black Mirror: Bandersnatch to zupełnie nowa forma, choć nie jest absolutnie innowacyjna, tyle tylko, że wcześniej było to związane raczej z grami komputerowymi. Film interaktywny to rodzaj rozrywki, w której sami możemy decydować o dalszych losach bohatera poprzez wybranie jednej z dostępnych opcji. To też świetna zagrywka marketingowa – obejrzenie Black Mirror: Bandersnatch będzie raczej niemożliwe poza Netflixem, więc zmusi wszystkich chętnych, którzy do tej pory nie mieli konta do jego założenia.
To właściwie pewnego rodzaju kuriozum – Black Mirror, które na każdym kroku stara się nas ostrzegać przed zgubnymi skutkami rozwoju technologicznego, samo popchnęło rozwój seriali na kolejny poziom. Nie sądzę jednak, aby była to przyszłość kinematografii – raczej jako ciekawostka, która może się rozwijać obok. 


Głównym bohaterem Black Mirror: Bandersnatch jest Stefan (Fionn Whitehead), młody projektant gier komputerowych, który chciałby wypuścić na rynek swoje pierwsze dzieło. Udaje mu się nawiązać współpracę z najbardziej znanym na rynku producentem, a tok zmusza nas do decyzji, by pracować samodzielnie z domu. Od tego wyboru, każda kolejna jedynie posuwa nas do przodu na spirali szaleństwa. A stamtąd już niedaleko do teorii spiskowych o tym, że nasze wybory nie są tak naprawdę nasze i teorii o Pac-Manie jako alegorii konsumpcjonizmu.
To wszystko wpisuje się idealnie w schemat filmu interaktywnego i w tematykę serialu Black Mirror. Bo przecież rzeczywiście tak jest, wszystkimi wyborami Stefana naprawdę steruje ktoś z zewnątrz. 


W Black Mirror: Bandersnatch nie ma dobrych wyborów. Większość z nich jest ponadto w pewien sposób sterowana – jeśli wybierzemy źle, interfejs cofa nas do pewnego miejsca, gdzie powinniśmy zdecydować inaczej. Ale nawet mimo to, każde z pięciu głównych zakończeń jest dla bohatera tragiczne. Ta pozorność wyborów tylko polepsza odbiór Bandersnatcha, bo idealnie wpisuje się w historię o kierowaniu naszymi wyborami przez wyższą siłę.
Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wartości dodanej jaką daje radość z odkrywania mnogości easter-eggów podłożonych przez autorów: szpital St. Junipero, roboty Metalhead, które występują na plakatach, gra Nohzdyve… Zresztą samo osadzenie akcji w roku 1984 mówi samo za siebie. 



18 grudnia 2018

#52 Narodziny gwiazdy (Bradley Cooper, 2018)

Główna obsada: Lady Gaga, Bradley Cooper
Scenariusz: remake
Zdjęcia: Matthew Libatique

Narodziny gwiazdy przedstawia temat, który kocha Hollywood, bo kocha historie o sobie. Nie powinno więc dziwić, że temat był już wielokrotnie eksploatowany. Zaczęło się od What price Hollywood? (George Cukor, 1932), później dostaliśmy jeszcze cztery inne wersje. Co prawda raz dostawaliśmy aktorkę, a innym razem piosenkarkę, ale w gruncie rzeczy główna oś fabularna jest podobna. Właściwie poza dobrymi zmianami, fabuła Narodzin gwiazdy Bradleya Coopera jest prawie dokładną kopią swoich poprzednich wersji.
Osobiście jestem największą fanką wersji George’a Cukora z 1954 z Judy Garland. Najnowsza wersja jest o tyle od niej różna, że skupia się na świecie muzyki. Jackson Maine (Bradley Cooper), nadużywający alkoholu i innych środków odurzających gwiazdor przez przypadek słyszy w barze śpiewającą Ally (Lady Gaga) i od razu wpada po uszy. Między bohaterami bardzo szybko rodzi się uczucie, a dzięki Ally kariera Jacka odżywa, a ona bardzo szybko staje się gwiazdą. 


Najważniejszym aspektem, który w tym filmie wyszedł, są bohaterowie – między nimi czuć prawdziwą chemię, a i ich charaktery zostały pogłębione w stosunku do wcześniejszych wersji. Ally i Jack zyskali drugie dno głównie za sprawą dodania im rodzin. Brat i ojciec Jacka sprawiają, że jego postać wraz z ciążącym na nim alkoholizmem staje się trójwymiarowa.
Ogromne wrażenie robią też sceny muzyczne, które zostały nakręcone podczas prawdziwych festiwali. Chociaż mimo wszystko sceny z Live Aid z niedawnego filmu Bohemian Rapsody podobały mi się bardziej. 


Muzyka jest niezwykle ważnym aspektem tej produkcji i trzeba przyznać, że promujący film utwór Shallow jest świetny, zarówno pod kątem tekstu oraz linii melodycznej, ale również dopasowania do fabuły. Ani trochę mnie nie zdziwi, jeśli dostanie ona Oscara za najlepszą piosenkę roku.
Nigdy nie była fanką Lady Gagi, ale siłą rzeczy wiedziałam jaką muzykę tworzy, widziałam też kilka teledysków. Do jej występu w Narodzinach gwiazdy podchodziłam dość sceptycznie ze względu na jej niewielkie doświadczenie aktorskie, ale muszę przyznać, że dała radę. Jednak prawdziwą gwiazdą jest tutaj Bradley Cooper, który wchodzi na wyżyny swojego talentu, świetnie portretując niezwykle trudną rolę powoli staczającego się muzyka borykającego się z problemem z alkoholem i używkami.


I choć dostrzegam w najnowszej wersji Narodzin gwiazdy wiele zalet, film posiada niestety wady, obok których ciężko przejść obojętnie. Największą jest dla mnie to, że próbowano do środka wrzucić zbyt wiele – to, w jaki sposób przemysł muzyczny przemiela artystów (rozstrzał pomiędzy początkową karierą bohaterki i późniejszą, solową), to, w jaki sposób uzależnienie prowadzi do upadku i w jaki sposób niszczy związek i to, jak bardzo kariera artystów zależy od mediów i fanów.
Z dużą słabość filmu uważam również zakończenie. W wersji z 1954 Norman Maine sam dochodzi do wniosku, jak bardzo szkodzi karierze swojej żonie. W wersji z 2018 niestety ktoś inny musiał mu wyłożyć to otwartym tekstem, by był w stanie to zauważyć. Niby drobnostka, ale zaważyła na ostatecznym odbiorze filmu.
Narodziny gwiazdy to film, który warto zobaczyć, choć zdecydowanie nie okazał się wielkim objawieniem i widziałam w tym roku lepsze (ale i wiele gorszych) filmów.



16 września 2018

#42 Tajemnice Silver Lake (David Robert Mitchell, 2018)

Główna obsada: Andrew Garfield, Riley Keough
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Rich Vreeland
Zdjęcia: Mike Gioulakis

Zwiastun tego filmu zachwycił i oczarował mnie do tego stopnia, że spodziewałam się, że film bez wątpienia będzie 10/10. I w efekcie trochę się zawiodłam, choć z pewnością nie oznacza to, że jest to film zły. Zwyczajnie nie jest aż tak dobry, jak oczekiwałam.
Wpadamy w sam środek życia Sama, granego brawurowo przez Andrew Garfielda, nie mając o nim właściwie żadnego pojęcia. Większość pytań dotyczących samego głównego bohatera zostanie niestety nierozwiązana do końca seansu – kim właściwie jest, skąd się wziął, czym się zajmuje, poza podglądaniem sąsiadek i graniem w Mario, czym płaci za swoje mieszkanie i luksusowy samochód? To jednak nie są najważniejsze pytania tego seansu. 


Sam poznaje bowiem Sarę, z którą spędza bardzo przyjemny wieczór na oglądaniu Jak poślubić milionera (Jean Negulesco, 1953) i paleniu zioła. Dziewczyna zawróciła mu w głowie do tego stopnia, że gdy następnego dnia jej mieszkanie okazuje się całkiem puste, zupełnie jakby nikt w nim nie mieszkał, nie potrafi zwyczajnie odpuścić. Zamiast tego rusza w szaleńczą podróż w głąb króliczej nory.
Z każdą sceną atmosfera gęstnieje, lecz nie od strachu, ale od pogłębiającej się paranoi. Co chwila Samowi zostaje podrzucony nowe zagadki jak choćby dziwaczny alternatywny komiks i jego zapatrzony w teorie spiskowe twórca, płyty winylowe, które odsłuchiwane od tyłu, zawierają w sobie sekretne wiadomości, mapy na opakowaniach płatków śniadaniowych czy tajemnicze przyjęcia, które mają swoje drugie dno. Nic więc dziwnego, że Sam tak łatwo wpada w tę spiralę szaleństwa, skoro każdy kolejny trop zdaje się idealnie pasować do układanki.   


Film aż buzuje od popkulturowych nawiązań, jak choćby sceny znanej z trailera, w której Sara podpływa do brzegu basenu, na którym po chwili opiera nogę, która jest żywcem przepisana z niedokończonego filmu z Marylin Monroe Something's Got to Give (George Cukor, 1962), nagrywanie filmu z Janet Gaynor, na której grobie Sam obudził się kilka dni później czy nawiązanie do twórczości Lyncha poprzez budowanie charakterystycznego dla niej klimatu. Intertekstualnym aspektem są też same miejskie legendy i teorie spiskowe. Również muzyka odgrywa niezwykle ważną rolę w tej produkcji – czy to początkowe utwory nawiązujące do kina noir z lat 50., twórczość zespołu Jesus & the Brides of Dracula czy kultowe hity lat 90. Nie ma w takiej ilości nawiązań zresztą nic dziwnego – cały film zdaje się odą do pokolenia millenialsów, ale równocześnie zadaje pytanie, jak dalece popkultura wpływa na to, kim jesteśmy. Czy to pokolenie wyglądałoby tak samo, gdyby Smells Like Teen Spirit zostało stworzone jako kompozycją na pianino? Czy nic by się nie zmieniło, gdybyśmy się dowiedzieli, że to wszystko to jedna wielka mistyfikacja? I jak właściwie w takim razie ocenić, co jest prawdą, a co fikcją?
Andrew Garfield szarżuje w Tajemnicach Silver Lake bezbłędnie, idealnie odnajdując się w tym surrealistycznym świecie, doskonale wczuwając się w rolę dwudziestoparoletniego geeka, który ze swojej nieporadności i niezgrabności stworzył element uroku osobistego. Partnerująca mu (choć krótko) Riley Keough, równie dobrze odnajduje się w roli damy w opresji, w swojej kreacji wyraźnie nawiązując do kina klasycznego. A świetne aktorstwo dopełniają śliczne zdjęcia Miasta Aniołów autorstwa Mike’a Gioulakisa.


Film kończy się dokładnie tak, jak powinien, dokładnie w stylu tego, co serwował nam scena po scenie przez ponad dwie godziny: czasami na siłę szukamy sensu, drugich i dziesiątych den, a ich tam po prostu nie ma.



9 sierpnia 2018

#37 Człowiek, który zabił Don Kichota (Terry Gilliam, 2018)

Główna obsada: Adam Driver, Jonathan Pryce, Joana Ribeiro
Scenariusz: na podstawie powieści Miguela de Cervantesa
Muzyka: Roque Baños
Zdjęcia: Nicola Pecorini

Mało który film obrósł aż taką legendą na długo, zanim trafił do kin. Ale mało który film miał na to aż tyle czasu, bo od momentu powstania konceptu w głowie Gilliama a ostateczną premierą minęło przeszło ćwierć wieku, z czego sam autor skwapliwie żartuje, jak również nie wstydzi się tego i mówi o tym wprost w napisach początkowych.


Toby, młody reżyser uważany za wielkiego geniusza, przybywa do Hiszpanii nakręcić Wielki Film. Jednak wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle. Toby nie jest typem, który wyzwala w nas wielkie pokłady sympatii – wręcz przeciwnie, jest bawidamkiem z przerośniętym ego, a w jego zmaganiach z produkcją filmu wyraźnie widać wewnętrzną pustkę i brak inspiracji. Szukając jej, Toby dociera do swojego studenckiego filmu, który również traktował o Don Kichocie. W scenach z filmu i retrospekcjach z czasu jego kręcenia widać zupełnie innego Toby’ego – studenta, który aż promieniał pasją do sztuki.
Seans filmowy sprawia, że Toby chwyta za motor i wyrusza do wioski, w której spędził kilka miesięcy dekadę wcześniej, licząc, że spotkanie z dawnymi miejscami i aktorami przyniesie mu natchnienie. Okazuje się jednak, że w wiosce bardzo wiele się zmieniło, a jego przyjazd znacznie wpłynął na lokalną społeczność. To należałoby zresztą odczytywać dużo szerzej – obserwator zawsze w pewien sposób zaburza harmonię miejsca; po wyjeździe ekipy filmowej, nawet dokumentalistów, życie już nigdy nie jest takie samo. Ten aspekt zresztą bazuje na osobistych doświadczeniach Gilliama, który wraz z ekipą kręcił Monty’ego Pythona i Świętego Graala w małej szkockiej wiosce, gdzie swoim pobytem dokonali pewnej rewolucji. 


Javier, odtwórca tytułowej roli Don Kichota w filmie sprzed dekady, dalej żyje w fikcyjnym świecie, zapewniając wszystkich o byciu błędnym rycerzem, swojej nieśmiertelności i powinności do ratowania świata (i pięknych niewiast, oczywiście). Co więcej, jest przekonany, że Toby to Sancho Pansa, który właśnie powrócił do niego po latach.
Choć filmowi nie brakuje humoru (ostatecznie to film Terry’ego Gilliama), to jednak jego kręgosłup stanowią świetni aktorzy. Jonathan Pryce jest Don Kichotem doskonałym – sam Gilliam stwierdził, że między innymi tyle trzeba było czekać na premierę Człowieka…, zwyczajniej czekał aż Pryce będzie wystarczająco stary, by móc w nim zagrać. Jednak największym zaskoczeniem jest Adam Driver, który wytacza ostrą szarżę i jest rewelacyjny, lawirując pomiędzy Tobym – zblazowanym, natchnionym młodym artystą i zagubionym Sancho, który sam zaczyna zatracać się w wyobrażeniu Don Kichota.


Momentami może nie wyszło idealnie, momentami czuć, że po tylu latach ten film chyba powinien być trochę lepszy, ale to wciąż świetna opowieść o zacierającej się granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją, realnością, a marzeniami.


3 maja 2018

#30 Everest (Baltasar Kormákur, 2015)

Główna obsada: Jason Clarke, Jake Gyllenhaal, Josh Brolin, John Hawkes
Scenariusz: inspirowany prawdziwą historią
Muzyka: Dario Marianelli
Zdjęcia: Salvatore Totino

Film opowiada o tragicznej wyprawie na Mount Everest w maju 1996 roku, podczas której zginęło piętnastu wspinaczy. W trakcie projekcji stale towarzysząca nam świadomość, że historia jest całkowicie oparta na faktach, co tylko sprawia, że całość jeszcze mocniej na nas oddziałuje.
Jon Krakauer, dziennikarz magazynu Outside wyrusza na szczyt wraz z Robem Hallem (Jason Clarke), właścicielem firmy Adventure Consultants, zajmującej się komercyjnym organizowaniem wypraw na najwyższe szczyty. Ale to, co miało być rutynową wyprawą przyjęło zupełnie nieoczekiwany obrót i zamiast artykułu, powstała na jej temat cała książka, pod tytułem Wszystko za Everest.


Film odtwarza wydarzenia tamtego dnia bardzo wiernie, momentami przypominając wręcz fabularyzowany dokument. Brakuje tutaj zagrań typowych dla kina katastroficznego – nie uświadczymy tu skakania (koniecznie w slow motion!) przez lodowe rozpadliny, heroicznych poczynań ani nagłych zwrotów akcji czy ratowania życia w ostatnim możliwym momencie, gdy zdążyliśmy już postawić na postaci krzyżyk. Podkreśla to też kreacja bohaterów, starająca się ich sprowadzić do roli zwykłych ludzi, którzy po prostu chcą zdobyć szczyt. Jon Krakauer w jednym ze swoich przebłysków dziennikarstwa zadaje pozostałym uczestnikom wyprawy pytanie: dlaczego? Żaden z nich nie udziela jasnej i prostej odpowiedzi. I to jest właśnie pytanie dla nas, widzów, by się zastanowić: dlaczego właściwie się na to decydują? I czy tak naprawdę warto.


Everest bardzo mocno manipuluje emocjami widza. Początek jest pogodny, himalaistom dopisują humory, pogoda i wspaniałe widoki, bez większych problemów docierają do obozu pierwszego u podnóża góry, który aż tryska wielokulturowością i kolorami. Ale im dalej, tym więcej problemów, które zakłócają ten pozorny spokój – Everest jest zatłoczony jak nigdy dotąd, okazuje się, że wielu ze wspinaczy jest zupełnie początkujących, na trasie pojawiają się korki, które skutkują bardzo długimi oczekiwaniami, mogącymi doprowadzić do tragedii. Napięcie rośnie z każdą chwilą, a słabe przygotowanie tras ani trochę w tym wszystkim nie pomaga.


Ostatecznie jednak to góra ma ostatnie słowo – nawet gdyby wszyscy byli świetnie przygotowani, mogłoby się zakończyć podobnie. Poniekąd każda klatka Everestu stara się nam pokazać, że jako ludzie jesteśmy niczym w starciu z naturą.
Największą siłą tego obrazu jest jednak nie historia, a, wspomagane klimatyczną muzyką, wspaniałe zdjęcia autorstwa Salvatore Totino, które doskonale oddają piękno góry. Zupełnie jakbyśmy razem z himalaistami wspinali się na Everest.



25 lutego 2018

#27 Butterfly kisses (Rafał Kapeliński, 2017)

Główna obsada: Theo Stevenson, Liam Whiting, Byron Lyons, Rosie Day
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Nathan W Klein
Zdjęcia: Nick Cooke

Absolutnie zauroczona stylistyką czarno-białego zwiastuna, który mówił o filmie jeszcze mniej, niż jednozdaniowy opis fabuły zamieszczony na filmwebie, z niecierpliwością starałam się jakoś do filmu dotrzeć. I wreszcie się udało, choć wymagało to małej wyprawy do centralnej Polski, film był bowiem grany w ramach łódzkiej Cinergii.
Nie zrażało mnie, że właściwie do końca nie wiem, na co idę. Do tego stopnia byłam zafascynowana klimatem filmu, że jakoś szczególnie nie starałam się wyszukiwać informacji dotyczących fabuły. A Kryształowy Niedźwiedź na festiwalu filmowym w Berlinie, jak również polskie pochodzenie reżysera tylko podsycało moją ciekawość. 



Butterfly Kisses okazało się filmem nie tylko o trudach dorastania i odkrywania własnej seksualności, ale i walce z samym sobą, gdy okazuje się, że ta seksualność wychodzi poza przyjęte normy. Nie tylko społeczne, ale i prawne.
W trakcie niespełna półtorej godziny przychodzi nam śledzić Jake’a (Theo Stevenson) oraz jego przyjaciół:  Kyle’a (Liam Whiting) i Jarreda (Byron Lyons) w ich prywatnym londyńskim świecie. W świecie, gdzie każdy dzień wydaje się podobny do poprzedniego, wypełniony używkami, seksem i pornografią. I choć bohaterowie spędzają ze sobą większość czasu, nie wiedzą o sobie wszystkiego. Każdy z nich ma swoje demony, ale demony dręczące Jake’a są chyba największego kalibru.
Film poza próbą pokazania rodzenia się niezdrowej obsesji, jest niejako próbą zastanowienia się, czy rzeczywiście wszystkich rzeczy możemy się domyślić. Czy tak naprawdę znamy naszych bliskich? Film stawia dość dobitną tezę, że niektórych rzeczy dowiadujemy się, dopiero kiedy jest już za późno.
Dość ważnym wątkiem jest też pokazanie ciągłego przesuwania granicy, a także społecznego przyzwolenia na czyny prawnie zakazane. Co ciekawe reżyser zdaje się nie oceniać swoich bohaterów, a raczej pokazać, że nie wszystko na świecie jest czarno-białe (co jest dość ciekawym zabiegiem w kontekście palety kolorystyki filmu). Pozostawia też naprawdę spore pole do interpretacji dla widza. 


Duże brawa zasługują w obrazie zdjęcia Nicka Cooke’a, które są niezwykle przemyślane, niemalże sterylne – świetnie po nich widać, że ich autor doskonale odnajduje się w achromatycznej stylistyce. Duża ilość zbliżeń również zdecydowanie działa na korzyść filmu. Świetne zdjęcia dopełnia rewelacyjny montaż, który pięknie oddaje klimat filmu. Pracę kamery doskonale podkreślał również soundtrack skomponowany przez Nathana W Kleina – w Butterfly Kisses było wiele scen bez podkładu muzycznego, więc gdy już się pojawiał, o wiele mocniej oddziaływał na widza, niż gdyby ścieżka dźwiękowa była stale w tle.
Jak na debiut, choć bardzo późny, film zdecydowanie wart obejrzenia i chwili refleksji. 



22 grudnia 2017

#20 Panaceum (Steven Soderbergh, 2013)

Główna obsada: Rooney Mara, Jude Law, Channing Tatum, Catherine Zeta-Jones
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Thomas Newman
Zdjęcia: Steven Soderbergh

Panaceum jest niczym misternie utkana sieć, która z każdą chwilą wciąga oglądającego bardziej. Kiedy Martin (Channing Tatum) trafia do więzienia za przekręty finansowe, jego młoda żona, Emily (Rooney Mara), wpada w głęboką depresję, której nie cofa nawet wyjście męża z więzienia po czterech latach. Po nieudanej próbie samobójczej Emily stara się zrobić wszystko, by jakoś utrzymać się na powierzchni – zaczyna chodzić do psychiatry, który przepisuje jej coraz to nowsze leki, aż trafia na jeden, który zdaje się jej pomagać, ale ostatecznie prowadzi do tragedii. A później zaczyna się już tylko robić coraz mroczniej, przez co coraz ciekawiej.  
Panaceum to naprawdę świetnie napisany thriller, który przynosi zupełnie nieoczekiwane zakończenie. Mocną fabułę wspiera doskonałe aktorstwo z Rooney Marą i Jude Law na czele. Oboje zbudowali naprawdę świetne postacie: Mara niesamowicie odgrywa kobietę ogarniętą depresję, w zdecydowanej mierze poprzez mimikę i gesty, natomiast Law świetnie sobie poradził z rolą psychiatry, doktora Jonathana Banksa, który widać, że stara się pomóc swoim pacjentom (chociaż pogoń za mamoną również nie jest mu obca), ale zupełnie niespodziewanie zostaje wciągnięty w wielką intrygę.


Obraz ma oczywiście drugie dno. Poza głównym wątkiem zmagań Emily z depresją i tym, co z niej później wynika, Soderbergh przemyca do swojego filmu wątki dotyczące znaczenia psychoanalizy – jak choćby to, że Banks zdecydował się na opuszczenie rodzinnej Anglii, ponieważ tam odwiedzający gabinety psychiatrów z miejsca traktowani są jak wariaci, podczas gdy w Ameryce sytuacja wygląda zgoła inaczej. Tutaj ludzie przychodzą do psychiatry jak do przyjaciela, by się zwierzyć i otrzymać radę, a w przypadku konieczności, również odpowiednie leki. Film porusza temat wartości tej relacji i jej wpływu na pacjenta, jak również na lekarza. Pojawia się również dość silny wątek koncernów farmaceutycznych, podobnie zresztą jak we wcześniejszym Contagion – Epidemia strachu, gdzie, co ciekawe, personę najbardziej zainteresowaną tematem również gra Jude Law.
Całość utrzymano w stonowanej kolorystyce, poza kilkoma scenami retrospekcji, co doskonale pokazuje różnicę pomiędzy teraz a wtedy, a także podkreśla główny motyw filmu: zmagania z depresją i zaburzeniami psychicznymi. Warta zauważenia jest wyjątkowo klimatyczna muzyka, napisana przez Thomasa Newmana, która zachwyca już od pierwszych sekund filmu.  


Panaceum to bez wątpienia niezmiernie ciekawy, wciągający i zaskakujący film, w którym ciężko domyślić się zakończenia – tak bardzo jest ono niespodziewane. To film, który zostaje z nami na długo i należy go grona tych, których nie da się obejrzeć po raz drugi (chociaż przy okazji re-watchu wpada nam w oko wiele szczegółów, które wcześniej być może przegapiliśmy, a znając rozwiązanie zagadki, sceny nabierają zupełnie innego znaczenia). Zdecydowanie warto poświęcić tej pozycji swój czas, szczególnie że oprócz świetnie poprowadzonej fabuły, w innych aspektach również trzyma wysoki poziom. 



4 grudnia 2017

#19 Morderstwo w hotelu Hilton (Tarik Saleh, 2017)

Główna obsada: Fares Fares, Mari Malek
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Krister Linder
Zdjęcia: Pierre Aïm

Zdobywca Grand Prix na festiwalu Sundance Morderstwo w hotelu Hilton, pomimo dość konwencjonalnego kryminalnego tytułu, zdecydowanie nie należy do typowego kina gatunku. Poza wątkiem morderstwa i prób dojścia do tego, kto zabił przez kairskiego policjanta Noredina (Fares Fares), film przedstawia bardzo rozbudowane tło polityczne.  
W tytułowym hotelu, Nile Hilton, zostaje zamordowana kobieta. Już od pierwszych chwil prowadzenia śledztwa jesteśmy świadkami mnogości nadużyć i odchyleń, które raczej nie powinny się wydarzyć na miejscu zbrodni. Brak odpowiedniego zabezpieczenia, zostawianie wszędzie odcisków palców przez funkcjonariuszy, czy nawet jedzenie nad ciałem. Zresztą sam Noredin również nie jest kryształowy – w przynajmniej kilku scenach widzimy, jak bez najmniejszych skrupułów bierze łapówki czy postanawia się zaopiekować gotówką znalezioną w portfelu denatki.


W miarę rozwoju akcji pojawia się coraz więcej martwych ciał osób, które mogły coś wiedzieć o morderstwie, a co więcej, zwierzchnicy Noredina okazują się niezbyt zainteresowani dalszym prowadzeniem śledztwa, do tego stopnia, że prokurator decyduje, że było to samobójstwo, choć okoliczności aż krzyczą, że nie ma racji. Noredin nie zamierza dać jednak za wygraną i na własną rękę uparcie drąży sprawę, mimo jej zamknięcia. Choć zdecydowanie nie jest to proste w tym świecie skorumpowanej policji, w kraju, który w styczniu 2011 stoi na progu rewolucji, nic nie jest czarno-białe, a granica pomiędzy dobrem a złem stopniowo się zaciera.
Akcja rozwija się powoli i tak też na wierzch wypływają kolejne poszlaki i tropy, które okazują się prowadzić do coraz wyżej postawionych osób, a nawet mieć związek z samym prezydentem Mubarakiem. 


Morderstwo w hotelu Hilton oferuje kawałek dobrego kina. Cały film jest niesamowicie duszny – lekko utrzymany w stylistyce kina noir – wpływ na to ma z pewnością egipski klimat, ale również miejsca, które wybrano na filmowe lokacje. Jest ciasno, mrocznie i brudno. Całość utrzymana jest w odcieniach żółci w towarzystwie szarości, czerni i bieli.
Z pewnością jasnym punktem filmu jest odtwórca głównej roli – Fares Fares. Jednakże jego motywacje w dążeniu do rozwikłania sprawy nie są do końca jasne, ponieważ z pewnością nie jest to typowy bohater obrońca sprawiedliwości. Noredin niestety czasami domyśla się pewnych rzeczy na długo po tym, jak wpadną na to widzowie, do tego zdarza mu się popełniać liczne błędy, ale przynajmniej się stara. I jest w tych staraniach niezwykle konsekwentny.


Film bez wątpienia mógłby zostać zrealizowany o wiele lepiej – wystarczyłoby chociaż odrobinę lepiej rozpisać motywacje Noredina dążenia do rozwikłania zagadki morderstwa, mimo ryzykowania własnego życia na każdym kroku, a także trochę lepiej wyjaśnić przyczyny, dlaczego obywatele zdecydowali się wyjść na plac Tahrir, ponieważ dla osób niezaznajomionych z tym kontekstem historycznym może być to po prostu wątek niezrozumiały i pojawiający się zupełnie znikąd. 
Jedno jest pewne: nie należy oglądać tego filmu w chwili, gdy próbuje rzucać się palenie. Ilość papierosów wypalonych w jego trakcie jest tak ogromna, że aż ma się wrażenie, że cała sala kinowa jest wypełniona dymem.
Wizja świata przedstawionego w Morderstwie w hotelu Hilton jest mroczna, duszna i niesprawiedliwa. Reżyser postanowił obnażyć ciemne zakamarki ludzkiej duszy, jak również patologię policji i państwa, które powinny przecież istnieć dla bezpieczeństwa publicznego. 



14 października 2017

#13 Locke (Steven Knight, 2013)

Główna obsada: Tom Hardy
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Dickon Hinchliffe
Zdjęcia: Haris Zambarloukos

W życiu nie spodziewałam się, że można nakręcić dobry film, w którym jednym z głównych tematów będzie lanie betonu. I to jeszcze jakiego betonu! 
Dużym zaskoczeniem może być to, że w tym filmie pojawia się tylko jeden aktor – Tom Hardy, reszta obsady użyczyła wyłącznie swoich głosów. Cała fabuła zbudowana jest na rozmowach telefonicznych, które Ivan Locke prowadzi z innymi osobami, przez cały film będąc zamknięty  w swoim samochodzie, którym jedzie w stronę Londynu.


Hardy odwalił kawał dobrej roboty, sprawiając, że film dobrze się ogląda mimo kolosalnego ograniczenia w środkach filmowych, do których zostaliśmy przez lata przyzwyczajeni. Nie bez powodu od razu nasuwa się skojarzenie z tragedią antyczną, mamy tu bowiem jedność czasu, miejsca i akcji. Mamy ciasne wnętrze samochodu, jedną noc i wałkowany wątek brania odpowiedzialności za swoje czyny, o czym niżej, bo dla nieoglądających, może być to spojler, więc czytacie na własną odpowiedzialność.
Ten film jest trochę jak kierowanie samochodem w którym znajduje się Locke. Każda decyzja jest jak wybieranie drogi, z której, jak wielokrotnie podkreśla sam Ivan, nie może już zwrócić. Na zmianę przeplatają się trzy wątki, jeden z nich napędza pozostałe. Ivan zrobił bowiem coś bardzo niewłaściwego, coś zupełnie sprzecznego z jego naturą – zdradził żonę i teraz spodziewa się dziecka, które postanowiło przyjść na świat o dwa miesiące za wcześnie i tym samym rozwalić Locke’owi życie bardziej niż się spodziewał. Bo gdyby poczekało chociaż jeden dzień, może przynajmniej udałoby mu się uratować posadę. Ale jednak Locke zostawia budowę, na której za kilka godzin ma się dokonać dzieło jego życia (ostatecznie największy wylew betonu w Europie to nie w kaszę dmuchał) i rusza do Londynu. Po drodze wykonuje serię telefonów, starając się nadal nadzorować prace na budowie (nie robi tego, by odzyskać posadę, on to robi dla betonu!, to naprawdę godne podziwu zaangażowanie w pracę). Jest jeszcze druga sprawa, którą musi załatwić: porozmawiać z rodziną, która oczywiście nic nie wie.


Absolutnie jednak nie zaklasyfikowałabym tego filmu jako thriller jak robi to filmweb. To typowy dramat, w dodatku niezwykle kameralny, będący swoistym eksperymentem, bo jednak zamknięcie w jednym miejscu jednego aktora, nawet tak utalentowanego jak Hardy, równie dobrze mogło zostać bardzo źle odebrane przez widownię. Na pewno mocną stroną tego filmu jest towarzyszący mu, niemalże straceńczy klimat produkcji, całkiem zgrabne zdjęcia i pasująca do nich ścieżka dźwiękowa. Brakowało trochę wejścia głębiej w psychikę postaci, bo jednak oprócz tego, że wszyscy wkoło są zaskoczeni i zdruzgotani tym, co się w trakcie filmu okazuje, dobrze byłoby dowiedzieć się czegoś więcej. I choć oczywiście wiadomo, że Locke nie chce iść w ślady swojego ojca i być wiecznie nieobecnym dla swojego potomka, odrobinę ciężko mi zrozumieć, dlaczego sam moment porodu jest dla niego aż taki ważny – bo momentami ma się wrażenie, że Ivan doskonale pamiętał chwilę, kiedy on sam przyszedł na świat i dojmującą świadomość, ze ojca nie było obok. A to przecież nie o to chodzi, żeby być z dzieckiem w tamtym momencie, tylko przede wszystkim później. 
Było dobrze, ale wydaje mi się, że jednak mogłoby być odrobinę lepiej. Choć z pewnością warto obejrzeć ten film, bo to kawałek dobrego aktorstwa i dość ciekawy eksperyment próby zrobienia filmu z czegoś, co wydaje się tak bardzo mało filmowe jak to tylko możliwe. 



5 października 2017

#12 Tancerka (Stéphanie Di Giusto, 2016)

Główna obsada: Soko, Gaspard Ulliel, Mélanie Thierry, Lily-Rose Depp
Scenariusz: na postawie powieści Giovanni Lista
Muzyka: Laura Obiols
Zdjęcia: Benoît Debie

Postać Marie-Louise Fuller w naszym kraju jest raczej nieznana. No ale też po prawdzie ilu z nas potrafi wymienić z imienia i nazwiska pierwszych autorów danego rodzaju tańca?
Tancerka bez wątpienia jest filmem ładnym wizualnie, szczególnie sceny taneczne emanują wyjątkowym pięknem. Ale też nic w tym dziwnego, skoro sam taniec wymyślony przez Fuller (Soko), nazywany serpentynowym, jest niezwykle widowiskowy, a jeśli dodamy do tego, że za reżyserię obrazu wzięła się projektantka mody, Stéphanie Di Giusto – takie połączenie musiało zaowocować estetycznie dopracowaną perełką.


Niestety pozostałe sceny nie są już tak zjawiskowe, choć trzeba przyznać, że ujęcia pejzaży, ciemnych pokoi czy porannej mgły wypadają całkiem przyzwoicie, nadając obrazowi nieco poetyckiego charakteru, który bardzo dobrze komponuje się z czasem i miejscem akcji.
Z jednej strony film wydaje się być laurką dla frazesów mówiących o tym, że ciężką praca można osiągnąć wszystko. Tylko czy na pewno? Niestety, film pokazuje, że niezależnie od ilości wysiłku włożonego w dążenie do celu, zawsze przyjdzie nam za jego osiągnięcie zapłacić określoną cenę. No i niestety, że bez znajomości (albo pewnego rodzaju łapówki) ciężko postawić przed sobą ten pierwszy krok.


Bez wątpienia nie jest to wygładzona historia niesamowitej artystki. Reżyserka zdecydowała się pokazać, że Fuller często bywa niepewna, jej ciało nie zawsze jest w stanie zrobić to, czego by chciała, w szczególności w tak wielkim natężeniu, w dodatku co chwila jest wykorzystywana i wystawiana na próbę, co sprawia, że jej życie jest ciągłą walką.
Punktem zwrotnym w fabule staje się pojawienie w szkole otwartej przez Fuller młodziutkiej Isadory Duncan (Lily-Rose Depp), która podobnie jak ona pochodzi z Ameryki. Panie zestawione są ze sobą na zasadzie kontrastu: Isadora ma za sobą wsparcie rodziny, wdzięk i urok, który potrafi wykorzystać, torując sobie nimi drogę przez życie. Isadora nie musi poświęcać każdej cząstki siebie, a wcale nie jest wiele gorsza od Fuller, która jest nią równocześnie zafascynowana, ale i odrobinę zazdrosna o to, że jej życie nie jest aż tak proste.


Ogromną wadą tego filmu jest to, że wszelkie tematy, których dotyka są traktowane powierzchownie, przez co nie do końca udaje mu się oddać głębie charakterów bohaterów (może poza Fuller, ale poza nią, tych ważniejszych jest zaledwie troje) i łączących ich relacji. Wiele jest w tym filmie niedopowiedzeń, co akurat wypada bardzo na plus. Jednak, mimo wszystkich zalet, brakuje w tym filmie czegoś, co sprawiłoby, że chcielibyśmy wracać do całej historii, a nie jedynie do wizualnie dopieszczonych występów Fuller.
W efekcie jednak film raczej nie ma szans na przejście do historii, co zresztą widać po tym, że po prawdzie przeszedł bez większego echa, mimo kilku nominacji na różnych festiwalach. Chociaż może to wynika z samej tematyki, która niekoniecznie musi trafiać do szerokiego grona odbiorców.



© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Malihu
x