Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

30 grudnia 2018

#53 Płomienie (Chang-dong Lee, 2018)

Główna obsada: Ah In Yoo, Steven Yeun, Jong-seo Jun
Scenariusz: na podstawie opowiadania Haruki Murakamiego
Muzyka: Mowg
Zdjęcia: Kyung-Pyo Hong

Kolejny kandydat do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny, tym razem wystawiony z ramienia Korei Południowej, trafia na ekrany polskich kin. Plakaty powiadają, że to najsubtelniejszy thriller wszechczasów. I choć z pewnością czasami jest to po prostu czcze gadanie mające za zadanie tylko sukces kasowy, w tym przypadku stwierdzenie może być prawdą.
Historia bazuje na opowiadaniu Haruki Murakamiego pod tytułem Spalenie stodoły, ale mocno czerpie również z tekstu Williama Faulknera pod tym samym tytułem, szczególnie w przypadku wątku relacji ojca i syna. W filmie porozsiewanych jest wiele tropów dotyczących wspomnianych twórczości, a wielu krytyków porównuje postać Bena do Wielkiego Gatsby’ego. Płomienie to prawdziwa uczta nawiązań kulturowych.


Jong-soo marzy o zostaniu pisarzem, ale sytuacja zmusiła go do powrotu na rodzinną wieś, co nie wróży dobrze jego karierze. Tuż przed wyjazdem poznaje jednak Hae-mi, która twierdzi, że zna go ze szkoły. Dziewczyna jest na tyle urocza, że bohater bez mrugnięcia okiem godzi się pilnować jej kota, który podobno boi się obcych. Kiedy Hae-mi wraca z podróży do Afryki, stęskniony Jong-soo rusza odebrać ją z lotniska. Niestety dziewczyna pojawia się wraz z zamożnym i pewnym siebie Benem, którego sposób bycia wyraźnie wskazuje, że pochodzi z wyższej klasy społecznej. Przez pewien czas bohaterowie tkwią w tym dziwnym trójkącie miłosnym pełnym niewypowiedzianych uczuć, aż do dnia, kiedy Hae-mi znika bez słowa wyjaśnienia.
Cała siła tego filmu leży w niedopowiedzeniach i metaforach. Bardzo ważna w kontekście tego aspektu jest jedna z początkowych scen filmu, gdy Hae-mi opowiada głównemu bohaterowi o pantomimie, na której zajęcia ostatnio uczęszczała. Obierając niewidzialną mandarynkę, mówi: „nie chodzi o to, żeby uwierzyć, że coś istnieje – chodzi o zapomnienie, że tej rzeczy nie ma”. Odnosi się to zarówno do kota Hae-mi, jak i do metaforycznego palenia szklarni, o którym beztrosko opowiada Ben. Sam film można zresztą traktować jako jedną wielką metaforę. Na niesprawiedliwość społeczną, na dziedziczenie agresji, na zacieranie się granic pomiędzy realnym a nierealnym.


Fabuła, choć z pozoru wydaje się rozedrgana i pełna zbędnych wątków stopniowo splata się w dopracowaną całość, zostawiając również sporo miejsca na wkład własny widza. Film wypełniony pięknymi kadrami angażuje i trzyma w napięciu do samego końca. Nawet jeśli zakończenie nie jest do końca satysfakcjonujące w kontekście całości.



25 listopada 2018

#50 Chilling Adventures of Sabrina S01 (Netflix, 2018- )


Główna obsada: Kiernan Shipka, Michelle Gomez, Lucy Davis, Miranda Otto, Ross Lynch
Liczba sezonów: 1
Liczba odcinków: 10
„To nie jest nasza Sabrina”. „Nigdy nie pozwoliłybyśmy naszej Sabrinie tak się zachowywać”. Tak o najnowszej produkcji Netflixa mówią aktorzy, których mogliśmy oglądać w telewizyjnym hicie lat 90. Obok licznych głosów sprzeciwu, słychać też wyrazy uznania. Jedno i drugie można uznać za trafną reakcję.
W swoim czasie Sabrina, nastoletnia czarownica (ABC, 1996) trafiła na bardzo podatny grunt popularności nastoletnich czarownic w popkulturze. Wówczas magia służyła głównie jako metafora dojrzewania, ukazując młode czarownice, które uczyły się panować nad swoimi mocami zgodnie z zaleceniami dorosłych, a także które – w przeciwnym przypadku – wymykały im się spod kontroli. Dziś opowieści o czarownicach skupiają się raczej na kobietach, chwytających moc obiema rękami w świecie, który wcale nie chce, aby ją posiadały. O kobietach obdarzonych potęgą, które mają odwagę skierować ją przeciwko tym, którzy je ograniczają. Chilling Adventures of Sabrina podaje w wątpliwość obie strategie.


Sabrina Spellman (w tej roli Kiernan Shipka znana z serialu Mad Men (AMC, 2007-2015)) w dniu szesnastych urodzin zostaje postawiona przed trudnym wyborem. Albo zachowa swoje spokojne życie, albo przyłączy się do sabatu czarownic, porzucając status śmiertelniczki. Wybierając to drugie dziewczyna musi złożyć przyrzeczenia przed samym Szatanem, jednak warunki stawiane przez siły zła nie są jej na rękę. Co ciekawe, Sabrina mówi o tym głośno, dobitnie, w zdecydowanie feministyczny sposób. Widać to w scenie, w której nastolatka wyraża niezadowolenie, że w chwili podpisania cyrografu musi być dziewicą. Bohaterka nie zgadza się z faktem, że ktoś inny może określać jak powinna traktować swoje ciało.
Do połowy pierwszego sezonu śledzimy rozterki młodej czarownicy, a także zachowania dorosłych, którzy próbują przekonać dziewczynę do podjęcia, w ich mniemaniu, właściwej decyzji. Jednym z nich jest Wysoki Kapłan Kościoła Nocy. Wszystko w gruncie rzeczy sprowadza się do dylematu nastolatki. Czy moc rzeczywiście jest drogą do wzmocnienia jej pozycji jako kobiet, czy może kolejną pułapką, aby ją zniewolić?


Ważny jest też wątek religii. Przedstawiony w serialu Kościół Nocy jest właściwie metaforą fanatyzmu. Duchowni przewodnicy zawsze będą stawiać siebie i swoją stronę ponad inne wierzenia, niezależnie od tego, czy mowa o portretowaniu satanizmu jako wolnej woli, czy nawet o usprawiedliwianiu dyskryminacji. Dla Sabriny Kościół Nocy jest jedyną religią, jaką zna, dlatego włączenie się do jego struktur było rzeczą po prostu  oczywistą. Chilling Adventures of Sabrina jest więc refleksją nad ideami, które w zależności od okoliczności stają się dla nas ważne – jak wiele z nich zależy w gruncie rzeczy od tego, gdzie się urodziliśmy i jakie wartości nam wpojono.
Kolejnym motywem serialu jest śmiertelne życie Sabriny. Jego ważną częścią jest Harvey Kinkle (Ross Lynch), a także jej dwie przyjaciółki – Rosalind Walker (Jaz Sinclair) i Susie Putnam (Lachlan Watson). Ta ostatnia boryka się ze szkolnym prześladowaniem, co nakłania Sabrinę do założenia szkolnego stowarzyszenia żeńskiego, co również jest bardzo mocno zaakcentowanym feministycznym posunięciem. 


Istotną rolę w życiu Sabriny pełni również jej rodzina – relacje pomiędzy ciotkami, Hildą (Lucy Davis) i Zeldą (Miranda Otto) oraz nauczycielką Mary Wardell, której ciało zostało przyjęte przez czarownicę, jak dowiadujemy się na początku pierwszego odcinka. W tej roli niezastąpiona Michelle Gomez. Nie jest to może równie popisowa kreacja jak w Doctorze Who (BBC, 2005- ), jednak nie przeszkadza to aktorce w kradzieży każdej sceny, w której tylko się pojawia.
Nowemu wcieleniu Sabriny, z pewnością nie brakuje wad oraz niedociągnięć logicznych, jednak sama dawka rozrywki zawarta w fabule jest na tyle intensywna, że bez większego trudu można przymknąć na nie oko. Jeśli dodamy do tego, że Chilling Adventures of Sabrina porusza ważne i aktualne tematy na czele z patriarchatem, wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn czy to, w jaki sposób religia zniewala wiernych, wybaczenie niedociągnięć przyjdzie jeszcze łatwiej.



20 listopada 2018

#49 Utoya, 22 lipca (Erik Poppe, 2018)

Główna obsada: Andrea Berntzen, Aleksander Holmen
Scenariusz: na podstawie prawdziwych wydarzeń
Muzyka: Wolfgang Plagge
Zdjęcia: Martin Otterbeck

Tragedia na wyspie Utøya trwała długie 72 minuty. 72 minuty obezwładniającego strachu i niebywałej odwagi, 72 minuty oczekiwania na pomoc. Zamach przedstawiony w Utøya, 22 lipca również trwa 72 minuty, a dzięki kręceniu z ręki, dramatycznym zbliżeniom na twarze poszkodowanych, gdzie najgłośniejszym dźwiękiem jest oddech ich głosów i nieopadające napięcie sprawia, że ciężko nie wyjść z kina roztrzęsionym.
Przez to, że zamach miał miejsce z dala od wielkich miast, w mediach przetrwał jedynie jako streszczenia w wiadomościach i dramatyczne relacje ocalałych. Film Erika Poppe pozwala nam jednak spojrzeć na wydarzenia oczami ich uczestników. Główna bohaterka, Kaja, której towarzyszymy przez cały czas jest empatyczna, chce ratować siostrę, narażając siebie i czasami innych na niebezpieczeństwo, wykazuje się wielką odwagą, by chwilę później leżeć na leśnym poszyciu sparaliżowana strachem.


Film otwiera scena, w której Kaja mówi wprost do kamery: Nigdy tego nie zrozumiecie. Bardzo szybko okazuje się jednak, że nie było to do końca typowe łamanie zasady czwartej ściany, bo Kaja rozmawia przez telefon za pomocą niewidocznego na początku zestawu słuchawkowego. Stopniowo wraz z nią zagłębiamy się w obozowisko pełne młodzieży. Kaja sprzecza się z siostrą, która według niej nie okazuje respektu wobec niedawnego zamachu z Oslo i wobec cierpiących i bojących się o swoje rodziny współobozowiczów. Choć temat jest obecny w ich rozmowach i zastanawiają się, czyją właściwie może być winą, wciąż panuje wśród nich względnie wakacyjny nastrój. To wszystko drastycznie się kończy, gdy wkoło zaczynają padać pierwsze strzały. Rozpoczyna się dramatyczna walka o przetrwanie, a bicie serce mimowolnie przyspiesza tempa.
Andrea Berntzen swoją grą aktorską sprawia, że bardzo łatwo zżyć się z bohaterką, której nieustannie towarzyszy kamera. Postać Kai została zbudowana na podstawie relacje tych, którzy przeżyli atak. Nie jest odwzorowaniem losów tylko jednej osoby, ale wielu z nich i dzięki temu oddaje różne postawy, jakie przyjmowali uczestnicy tragicznych wydarzeń.
Dużą siłą filmu jest z pewnością nakręcenie go w jednym ujęciu (nawet jeśli w rzeczywistości sprytnie poukrywane są gdzieś niewidoczne cięcia montażowe) oraz skupienie się wyłącznie na ofiarach. Sam Brevik nie pojawia się jako nic więcej niż odległy cień sylwetki. 


Próba oddania wydarzeń tak świeżych w zbiorowej tożsamości wiąże się z wielkimi oczekiwaniami. Poppe jednak spisał się znakomicie, rewelacyjnie oddając tę nieludzką sytuację – przez cały film czuć namacalne napięcie. I nawet jeśli nie wszystkim się ten film spodobał, bo stwierdzili, że przekracza on pewne granice przyzwoitości, zdecydowanie warto się z nim zapoznać. Choćby po to, by wyrobić sobie o nim opinię.



16 października 2018

#44 Źle się dzieje w El Royale (Drew Goddard, 2018)

Główna obsada: Jeff Bridges, Cynthia Erivo, Dakota Johnson, Jon Hamm, Chris Hemsworth, Lewis Pullman
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Seamus McGarvey

Źle się dzieje w El Royale (Drew Goddard, 2018) powinien spodobać się fanom filmów Quentina Tarantino i braci Coen. Skojarzenia z tym pierwszym, przynajmniej w moim odczuciu, są o wiele silniejsze. Nienawistna ósemka (Quentin Tarantino, 2015) przychodzi na myśl przynajmniej kilkukrotnie w trakcie seansu. Nic zresztą dziwnego, skoro filmy również fabularnie mają kilka punktów wspólnych.
W obu przypadkach mamy do czynienia z miejscem, w którym zostaje uwięziona grupa nieznajomych, skrzętnie skrywających przed innymi swoje sekrety. Tak naprawdę jednak to samo miejsce skrywa najmroczniejsze sekrety ze wszystkich. Hotel El Royale działający na granicy dwóch stanów – Kalifornii i Nevady, więc każdy z zatrzymujących się gości może wybrać, w którym stanie chciałby zamieszkać. I choć kiedyś miejsce to było na tyle popularne, że ciężko było znaleźć w nim wolny pokój, lata świetności ma już dawno za sobą, do czego na pewno częściowo przyczyniła się utrata licencji na sprzedaż alkoholu i uprawianie hazardu po stronie Nevady.


Rewelacyjny casting z pewnością stanowi o sile tego filmu. Nie ma tu nietrafionego wyboru – Jeff Bridges jest doskonały jako ojciec Flynn, Jon Hamm świetnie się sprawdza w roli pewnego swojego uroku osobistego komiwojażera (ze względu na osadzenie akcji w scenografii z lat 60. jego wybór nie wydaje się całkowicie przypadkowy), Dakota Johnson niedającej sobie w kaszę dmuchać kobieta, a Chris Hemsworth jako przywódca hippisowskiej sekty, który po raz kolejny pokazał, że nie należy go wciskać do szufladki z napisem bóg piorunów, ponieważ ma jeszcze bardzo dużo do pokazania. A co ważniejsze potrafi podołać postawionym przed nim zadaniom.   


W pozostałych aspektach film również radzi sobie świetnie. Konstrukcja filmu przypomina trochę Nienawistną ósemkę (Quentin Tarantino, 2015) – składa się ona z kilku segmentów, dzięki czemu zyskujemy możliwość zobaczenia tego samego wydarzenia z perspektywy różnym postaci. I choć czasami taki zabieg kończy się kompletną klapą, ponieważ całość staje się dla widza po prostu nużąca, w przypadku Źle się dzieje w El Royale (Drew Goddard, 2018) udało się utrzymać zainteresowanie dzięki temu, że każde spojrzenie bardzo mocno rozbudowuje nam historię, a nie jest jedynie oglądaniem tej samej sceny nakręconej pod innym kątem.
Sama fabuła jest naprawdę ciekawa i wciągająca na tyle, że właściwie nie czuć tych przeszło dwóch godzin spędzonych przed ekranem. Nielinearna narracja zdecydowanie służy filmowi, a dzięki niej intryga rozwija się przed widzem powoli, stopniowo podrzucając mu kolejne tropy. Pozwala to również dobrze zbudować bohaterów, przedstawić ich historię, motywacje oraz cele, do których dążą. 


Warto zwrócić uwagę również na niezwykle dopracowaną scenografię – każdy szczegół hotelu dokładnie oddaje dekadę, z której pochodzi, a to wszystko dopełnia jeszcze doskonale dobrana ścieżka muzyczna. Fani produkcji osadzonych w latach 60. powinni być zachwyceni. Zresztą nie tylko oni. Bo to po prostu diabelnie dobry film, który nie tylko świetnie się ogląda i jest wielką porcją świetnej rozrywki, ale i pozostaje z widzem na dłużej.



23 września 2018

#43 Searching (Aneesh Chaganty, 2018)

Główna obsada: John Cho, Debra Messing, Michelle La
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Torin Borrowdale
Zdjęcia: Juan Sebastian Baron

Searching zachęcał do obejrzenia nie tylko interesującym zwiastunem, ale również niezwykle ciekawą formą. Nie ma w filmie bowiem ani jednego typowo filmowego ujęcia – wszystko jest zrzutem ekranu lub pewnym jego rodzajem, jak na przykład fragmenty telewizyjnych wiadomości. I trzeba przyznać, że taka forma pasuje do fabuły idealnie. Pozostaje jedynie czekać, aż inne filmy zaczną masowo ją powielać…


Film otwiera ujęcie doskonale znanego wszystkim użytkownikom Windowsa zielonego pagórka. Po nim następuje kilkunastominutowa składanka zdjęć i filmików, streszczających kilkanaście lat z życia rodziny Kim. Klimatem trochę przypomina wstęp do Odlotu (Pete Docter, Bob Peterson, 2009), szczególnie że oba intra mają równie słodko-gorzki wydźwięk.
Mamy więc ojca samotnie wychowującego córkę po śmierci żony – widać jak na dłoni, że Margot jest oczkiem w głowie tatusia. I wtedy Margot znika.
Na szczęście zostawiła w domu swój komputer, z którego David Kim korzysta, starając się ją odnaleźć. Początkowo myśli, że została na noc u przyjaciółki, ale gdy okazuje się to nieprawdą, zaczyna wydzwaniać do jej znajomych. Ci czasami podrzucają mu tropy, które okazują się prowadzić donikąd, ale w gruncie rzeczy chodzi tu o to, że szybko wychodzi na jaw, że David tak naprawdę nie znał swojej córki.    


Searching to bardzo dobry kawałek zabawy kinem gatunkowym – to całkiem porządny kryminał. Razem z Davidem staramy się rozwiązać zagadkę zniknięcia Margot, razem z nim jesteśmy zwodzeni, trafiamy w ślepe zaułki i zaczynamy wątpić w to, do czego udało nam się dojść wcześniej. Plot-twistów w filmie co niemiara, ale tej historii wychodzi to wyłącznie na dobre.
Ciężko nie poruszyć w tej recenzji ogromu pracy, jaką wykonał odtwórca głównej roli – John Cho. To on jest motorem napędowym tego filmu i to on ciągnie go na swoich barkach. W dodatku postawione przed nim zadanie było o tyle trudne, że przez zdecydowaną większość czasu oglądamy po prostu mniej lub bardziej wyraźne ujęcia jego twarzy, więc oddanie mimiką wachlarza emocji, które targały jego bohaterem, z pewnością zasługuje na uznanie.


Searching stanowi ważny głos mówiący o tym, jak ważna stała się w naszym życiu technologia. O tym, jak pomaga nam sobie radzić w życiu, czasem pozwala nam przepracowywać traumy, innym razem znowu odpycha nas od prawdziwych ludzi. Ale też i tym, jak bardzo jest zwodnicza, bo nigdy tak naprawdę do końca nie mamy pewności, kto siedzi po drugiej stronie monitora. Ponadto to przejmująca opowieść o więzi łączącej rodziców i dzieci, która niezwykle szybko może się okazać o wiele bardziej skomplikowana, niż pozornie nam się wydaje.



12 września 2018

#41 Co ludzie powiedzą (Iram Haq, 2017)

Główna obsada: Maria Mozhdah, Adil Hussain
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Lorenz Dangel, Martin Pedersen
Zdjęcia: Nadim Carlsen

Co ludzie powiedzą (Iram Haq, 2017) został niedawno ogłoszony jako norweski kandydat do Oscarów 2018, ale nie tylko dlatego warto się z tą pozycją zapoznać. Iram Haq rzuca zupełnie nowe światło na kulturę pakistańskich emigrantów, opierając scenariusz na swoich osobistych doświadczeniach.
Nisha wychowała się w Norwegii, gdzie jest niejako zmuszona do prowadzenia podwójnego życia – z jednej strony zachowuje się po europejsku, trzyma się z damsko-męskim towarzystwem, ma chłopaka, chodzi na imprezy, z drugiej gra idealną  pakistańską córkę, czego też oczekują od niej rodzice. Jak każde podwójne życie, koniec końców wybucha jej ono w rękach. 


Choć na naszym własnym podwórku również można by spotkać różnorodne zachowanie na znalezienie w nocy w pokoju córki niezapowiedzianego gościa, raczej mało która byłaby tak radykalna jak to, co spotkało główną bohaterkę.
Po reakcji sąsiadów na dźwięki domowej awantury Nisha ląduje w ośrodku, zajmującym się rozwiązywaniem tego typu konfliktów oferując pomoc oraz wsparcie mediatorek w zażegnaniu powstałych sporów. Pojednanie z rodzicami jednak nie zachodzi. W nocy Nisha dostaje telefon od mamy, która prosi ją, by wróciła do domu, gdzie wspólnie mają rozpracować zaistniałą sytuację. Jednak gdy Nisha wsiada do samochodu, w którym czeka na nią on i jej dorosły brat jeszcze nie wie, że to wszystko było wielkim oszustem. Bardzo szybko znajduje się na pokładzie samolotu, który zabiera ją do kraju przodków. Wraz z ojcem pokonują wiele kilometrów z lotniska do domu jego rodziny, a po kilku godzinach ojciec po prostu wychodzi, zostawiając swoją sprawiająca problemy córkę na łasce siostry, która ma za zadanie naprowadzić ją na właściwą, pakistańską drogę życia. Co zdecydowanie nie jest sprawą prostą dla żadnej ze stron. 


Film jest niezwykle poruszającym zapisem dramatu dorastania. W dobitny sposób pokazuje różnice pomiędzy europejską a arabską kulturą – co niezwykle ważne, w sposób bardzo czytelny dla europejskiego widza. To też historia o tym, jak trudno jest żyć na obcej ziemi zgodnie z własnymi przekonaniami i że chorobliwe przywiązanie do tradycji oraz niechęć do asymilacji mogą nieść za sobą bardzo traumatyczne skutki dla młodszego pokolenia, które równocześnie związane jest z konserwatywnym wschodem oraz z bardziej liberalnym zachodem.
To jednak również historia o terrorze, który zaczyna się w domu, a z którym musi się zmagać niewyobrażalna liczba młodych kobiet. A także świecie, w którym miłość może przybrać formę opresji.  



8 września 2018

#40 Iniemamocni 2 (Brad Bird, 2018)

Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Mahyar Abousaeedi, Erik Smitt

Uwaga, poniższa recenzja może zawierać niezdrowe pokłady fangirlowania.

14 lat czekania! Strasznie długo, ale było warto. Animacja Brada Birda fabularnie stoi nadal na niezwykle wysokim poziomie, gwarantując świetną zabawę dla małych i tych odrobinę większych, a równocześnie stanowi nad wyraz aktualny komentarz dzisiejszych czasów.
Film otwiera sekwencja walki z Człowiekiem Wiele-jest-rzeczy-nade-mną-ale-pode-mną-nie-ma-już-nic Szpadlem i bardzo dobrze, bo przyznam, że to była moja największa obawa, że Człowiek szpadel zostanie zapomniany na wieki, a ta płomienna przemowa koniecznie zasługiwała przecież na ciąg dalszy! Ponadto podobnie jak i w pierwszej części, mistrzowie drugiego planu kradną serca (Edna wciąż wspaniała, może nawet bardziej, a Malina to wciąż jedna z moich ulubionych postaci dalekiego planu, a nie wiemy jak właściwie wygląda!). 


Jednym z najważniejszych motywów sequela jest to, że tym razem to nie Pan Iniemamocny znajduje się w centrum akcji, ale Elastyna, a on zostaje w domu z dziećmi. Taki obrót sytuacji nie do końca się Panu Mężowi podoba, bo świat przyzwyczaił go do tego, że żona powinna raczej się grzać w blasku jego chwały niż wysuwać się na pierwszy plan. Taki obrót spraw dla obojga okazuje się dużym wyzwaniem, zdecydowanie większym niż początkowo się wydawało. Zwłaszcza Pan Iniemamocny wydaje się dostawać w kość, szczególnie że Wiola przechodzi zawód miłosny, a Jack-Jack właśnie zaczął odkrywać swoje moce… których jest wiele.
Ta zabawa stereotypami to jednak nie jedyny aspekt komentujący rzeczywistość; jest nim bowiem również postać czarnego charakteru tej części, czyli Ekrantyrana, który chce nam uzmysłowić jaki wpływ ma na nas telewizja i inne ekrany w które tak uporczywie się dziś wpatrujemy, w jaki sposób media społecznościowe i tradycyjne pogłębiają ludzką znieczulicę i odzwyczajają od samodzielnego myślenia. I jak duży wpływ ma na to, co oglądamy, mają ci, którzy mają odpowiednie fundusze. 


Podobnie jak w części pierwszej, bardzo mocny nacisk położony został na relacje rodzinne, co poniekąd stanowi o sile tego filmu, ponieważ odróżnia go od wszystkich innych filmów o superbohaterach. Miłym aspektem jest to, że w przypadku Iniemamocnych, to właśnie rodzina stawiana jest na pierwszym miejscu, niezależnie od wszystkiego, co staje im na drodze i wewnętrznych konfliktów, które siłą rzeczy się pojawiają.
Na duży szacunek zasługuje za polski dubbing. Szczególnie za to, że udało się skompletować załogę w takim składzie, jak 14 lat temu, co naprawdę bardzo doceniam. Jedynie Max ma odmienny głos, ale to niestety wynika z wieku bohatera, nowy aktor jest jednak na tyle dobrze dobrany, że nie czuć tego, że to ktoś inny. Zdecydowana większość bohaterów tej animacji posiada dość specyficzne głosy, więc należą się wielkie wyrazy uznania, że udało się zachować ciągłość i nie czuć żadnego dysonansu pomiędzy częścią pierwszą a drugą. Bo gdyby zmienić tym bohaterom głosy, to mogłyby być zupełnie inne postacie.  


To co czuć w tym filmie, to to, że Pixar postanowił postawić na bardziej dorosłych odbiorców. Cała zabawa ze stereotypami dla młodszych widzów może nie być oczywista, choć z pewnością stanowi dobry punkt wyjście do dyskusji na ten temat. Ale i dzieciom animacja się spodoba, bo to prawdopodobnie jedna z najlepszych kontynuacji, jakie wyszły ze stajni Pixara.



28 sierpnia 2018

#38 Czarne bractwo. BlacKkKlansman (Spike Lee, 2018)

Główna obsada: John David Washington, Adam Driver
Scenariusz: na podstawie autobiografii
Muzyka: Terence Blanchard
Zdjęcia: Chayse Irvin

Amerykańska data premiery BlacKkKlansman nie jest przypadkowa – przypadła ona na dzień przed zamieszkami w Charlottesville. I chociaż akcja filmu rozgrywa się w latach 70., równie dobrze mogłaby dziać się dzisiaj. Wrażenie to jest jeszcze podkręcone przez reżysera, który po zakończeniu właściwej akcji zamieszcza ujęcia dokumentujące wspomniane zamieszki, jak również inne przykłady rasizmu obecnego w dzisiejszym świecie oraz wzrost siły skrajnej prawicy.


Film otwiera fragment fikcyjnego przemówienia propagandowego nagrywanego w studiu przez doktora Kennebrewa Beauregarda (Alec Baldwin) – na ścianę za nim rzucane są fragmenty Przeminęło z wiatrem (Victor Fleming, 1939) i Narodzin narodu (D.W. Griffith, 1915), które doskonale obrazują jego słowa, pokazując w ten sposób, że kino również nie pozostaje bez winy w szerzeniu szkodliwych ideologii. Bo choć oba filmy są bezsprzecznie uznawane za arcydzieła, powszechnie wiadomo, że są rasistowskie. Fragmenty tych filmów przewijają się zresztą przez resztę BlacKkKlansman, a ta pierwsza scena jest tylko pierwszym z wielu odniesień do obecnej sytuacji politycznej i społecznej Stanów Zjednoczonych oraz prezydentury Trumpa.
Właściwa fabuła opowiada prawdziwą historię Rona Stallwortha, pierwszego afroamerykańskiego policjanta w Colorado Springs. Początkowo nacisk położony jest na problematykę rasizmu w strukturach policji, ale dość szybko następuje rozszerzenie tematu. Dzięki swojej inteligencji i zaangażowaniu w pracę Ron bardzo szybko awansuje w strukturach policji i samowolnie rozpoczyna inwigilację Ku Klux Klanu, dzwoniąc na ich infolinię ze zmyśloną historią o tym, dlaczego tak bardzo nienawidzi czarnych. Ron z oczywistych względów nie dołączyć do organizacji osobiście, wysyła więc na spotkanie swojego partnera, Flipa Zimmermana – który również z powodu swojego pochodzenia nie nadaje się do klanu. Wspólnie tworzą wielką iluzję, żydowsko-afroamerykańskiego Rona Stallwortha, zaangażowanego członka klanu, która, wydawałoby się, nie może się udać. 


Trzeba przyznać, że dawka humoru (często bardzo czarnego, jakkolwiek w kontekście tego filmu by to nie brzmiało), jaką serwuje nam film jest kolosalna i to właśnie ona, między innymi, stanowi o jego sile. Z jednej strony temat jest bardzo poważny, ale przez to komediowe zacięcie po prostu przyczepia się do widza jak rzep, sprawiając, że ostatnie, realne fragmenty tylko bardziej w nas uderzają.
BlacKkKlansman może się również poszczycić kapitalnym aktorstwem – duet Washington–Driver jest kapitalny i wnosi na ekran pokłady braterskiej chemii. Ten pierwszy doskonale odnajduje się w komediowej konwencji, a drugi nadaje produkcji sarkastycznego sznytu. Nie zawodzą również postaci drugoplanowe: mocno zarysowana aktywistka Patrice (Laura Harrier) oraz członkowie Ku Klux Klanu, z których każdy dostał indywidualną osobowość – Topher Grace, Ryan Eggold, Paul Walter Hauser, Jasper Pääkkönen. Ostatni z nich miał zdecydowanie największe pole do popisu, grając skrajnego radykała, który na każdym kroku stara się udowodnić Flipowi jego żydowskie pochodzenie.  


BlacKkKlansman jest nie tylko rewelacyjnym filmem skrojonym dla szerokiej rzeszy widzów, ale równocześnie filmem zaangażowanym, ujawniającym, że problemy, które mogłyby się wydawać odległe, są nadal aktualne. Naprawdę wart obejrzenia!



29 grudnia 2017

#21 Król rozrywki (Michael Gracey, 2017)

Główna obsada: Hugh Jackman, Michelle Williams, Zac Efron, Zendaya
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Benj Pasek, Justin Paul
Zdjęcia: Seamus McGarvey

Król rozrywki nie dość, że już zgarnął trzy nominacje do nachodzących Złotych Globów, dodatkowo odróżnia się od typowego kinowego musicalu tym, że nie jest filmową adaptacją broadwayowskiej sztuki, a projektem, który od początku do końca został zaprojektowany i stworzony z myślą o ekranie.
Ciężko o lepszy temat na musical niż droga do sukcesu osoby, która uważana jest za ojca showbiznesu i założyciela pierwszego na świecie cyrku. P.T. Barnum, mimo że wywodził się znikąd i od małego musiał borykać się z wieloma problemami, swoim uporem doszedł na szczyt. Bez wątpienia, gdyby żył dzisiaj, również prawie cały świat znałby jego imię.


Realizacja wyszła rewelacyjnie, chociaż z pewnością daleko jej do bycia filmem biograficznym; to bardziej historia inspirowana życiem P.T. Baumana, wybrano z niej co ciekawsze fragmenty i połączono w spektakularną całość.
Popisy wokalno-taneczne stoją na niezwykle wysokim poziomie, zalewając odbiorcę falą wrażeń. Dzieje się dużo, z przytupem i ogromną ilością mocnych kolorów, a stylistyka przywodzi na myśl filmy Baza Luhrmanna. Wiele w tym nawiązań do klasycznych musicali, ale w typowo nowoczesnej oprawie w stylu pop, gdzie występy taneczne przywodzą na myśl bardziej teledyski niż klasyczne popisy Freda Astaire’a czy Gene’a Kelly’ego. Warto zwrócić uwagę na znaczenie rytmu w tym filmie, który w większości piosenek wykonywanych przez Baumana i jego trupę czy w sekwencji otwierającej związana jest po prostu z wystukiwaniem uderzeń o podłogę, co można odebrać poniekąd jako nawiązanie do stepowania.


Nowoczesne aranżacje to jednak nie wszystko – film bowiem stara się przekazać niezwykle ważne przesłanie, że marzenia mogą się spełniać, jeśli odważymy się zaryzykować i będziemy wystarczająco długo dążyli do celu. To również obraz, który mimo swojej widowiskowości porusza ważne problemy niedopasowania do otaczającego świata, podziałów rasowych czy wykluczenia społecznego.
Jedną z największych zalet filmu jest doborowa obsada. Film kradnie oczywiście Hugh Jackman, który znajduję się w swoim żywiole – rola P.T. Barnuma wydaje się, jakby była dla niego stworzona. Partneruje mu Michelle Williams, która sprawnie dotrzymuje mu kroku. Troszkę odstaje od nich Zac Efron w roli Phillipa Carlyle’a, dramatopisarza z wyższych sfer, który przyłącza się do Barnuma – może wynika to z doboru repertuaru, albo naleciałości związanej z jego wcześniejszą karierą musicalową, która w pewien sposób rzutuje na jego postać w najnowszym filmie.


Król rozrywki to niespełna dwie godziny świetnej zabawy. I choć stylistyka jest lekko kampowa, a utwory bardzo współczesne, przez cały ten czas ciężko oderwać oczy od ekranu. A rewelacyjny Hugh Jackman sprawia, że film z dużą szansą przypadnie do gustu nawet tym, którzy za musicalami nie przepadają.



29 listopada 2017

#18 Zabicie świętego jelenia (Yorgos Lanthimos, 2017)

Główna obsada: Colin Farrell, Nicole Kidman, Barry Keoghan, Raffey Cassidy, Sunny Suljic
Scenariusz: oryginalny
Zdjęcia: Thimios Bakatakis

Na nowy film Yorgosa Lanthimosa czekałam odkąd tylko się dowiedziałam, że będzie powstawał. Właściwie nie bardzo mnie nawet interesowało, jaka będzie fabuła, czy kto będzie w nim grał. Najważniejsza była właśnie postać reżysera i fakt, że absolutnie zaczarował mnie swoimi poprzednimi produkcjami, a już w szczególności filmem The Lobster. Z każdym kolejnym odsłonieniem rąbka tajemnicy, Zabicie świętego jelenia coraz bardziej mnie fascynowało i bardzo szybko stał się on dla mnie jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. 
Zabicie świętego jelenia, podobnie jak poprzednie filmy greckiego reżysera, nie jest filmem lekkim ani nawet przyjemnym. W twórczości reżysera jest coś perwersyjnie sadomasochistycznego – chociaż z góry wiadomo, że oglądanie danego dzieła będzie raczej emocjonalną gehenną niż głębokim duchowym przeżyciem, do kina biegnie się w podskokach.


Na pierwszy rzut oka, w rodzinie Murphych wszystko wydaje się idealne. Pan domu (Colin Farrell) to ceniony kardiochirurg, jego żona (Nicole Kidman) doskonale radzi sobie z rolą matki, jak również osiągającej sukcesy okulistki z własną kliniką. Dzieci dobrze się uczą, są przykładnie grzeczne, a także realizują swoje pasje. Wszyscy wzajemnie się szanują i darzą miłością. A jednak wszystkie te uczucia wydają się aż ociekać fałszem, zupełnie jakby były wymuszone przez ojca despotę (choć postać ojca nie przejawia takich zapędów). Potem pojawia się skaza na tym obrazku pod postacią tajemniczego Martina, którego Steven Murphy otacza niemalże ojcowską troską. W jego zachowaniu widać wiele żalu i próby zadośćuczynienia za to, że przyczynił się do śmierci ojca chłopca (chociaż Steven wytrwale oszukuje się, że chirurg nigdy nie może zabić pacjenta). Martinowi to jednak nie wystarcza – Martin pragnie zemsty. 
Fabuła filmu w dość luźny sposób nawiązuje do wątków mitologicznych: wskazuje na to już sam tytuł – Zabicie świętego jelenia ma nawiązywać do mitu o Aketonie, który za podglądanie bogini Artemidy został zamieniony w jelenia, tylko po to, by później zostać rozszarpanym przez własne psy. Lanthimos czerpie z mitu jednak jedynie zarys morału, starając się sportretować problem adekwatności kary do popełnionych zbrodni. Jak przyznaje sam reżyser, film miał nawiązywać również do antycznej tragedii Eurypidesa Ifigenia w Aulidzie, która opowiada o rytualnym morderstwie młodej Ifigenii przez ojca Agamemnona z woli bogów. Podobnie i na Stevenie ciąży fatum i tylko ofiara może ocalić jego i resztę jego rodziny.


Kreacja świata przedstawionego jest niezwykle konsekwentna; widać podobieństwo do poprzednich filmów Lanthimosa, chociaż równocześnie można dostrzec, że reżyser wciąż się rozwija. Kamera często obserwuje bohaterów z daleka, z lubością korzysta z najazdów i odjazdów na twarze aktorów. Scenografie bywają aż do bólu sterylne, szczególnie w scenach, gdzie podążamy za bohaterem poprzez wąskie szpitalne korytarze. A całość dopełnia ujęcie otwartego ludzkiego ciała (reżyser nagrał jak najbardziej prawdziwą operację), w akompaniamencie dudniące operowej muzyki.
Colin Farrell i Nicole Kidman stanęli na wysokości zadania, doskonale odnajdując się w tym przedziwnym świecie. Również role dzieci (granych przez Raffey Cassidy i Sunny’ego Suljica) pozostają na bardzo wysokim poziomie, jednak filmowa kreacja Martina, granego przez Barry’ego Keoghana, pozostawia ich daleko w tyle. W trakcie seansu ciężko mi było uwolnić się od skojarzeń z Musimy porozmawiać o Kevinie (Lynne Ramsay, 2011); obie pozycje mają momentami bardzo zbliżony klimat.


I chociaż film jest wyśmienity, mam kilka ale. Po pierwsze relacja pomiędzy Stevenem a Martinem wydaje mi się nie posiadać początku i przez cały seans mocno mnie to uwierało. Raczej nie był to pierwszy syn pacjenta, który umarł na jego stole operacyjnym, pozostaje zatem pytanie: dlaczego akurat Martin? Co w nim takiego wyjątkowego, że wciąż się z nim spotyka, mimo że od tamtej operacji minęły przeszło dwa lata? Co jest w chłopaku takiego niezwykłego? Czy może chodzi wyłącznie o próbę zagłuszenia wyrzutów sumienia? Innym aspektem, który wciąż mnie zastanawia, to dlaczego nikogo nie zastanawia, w jaki sposób Martin jest powiązany z wydarzeniami, które przydarzyły się dzieciom Stevena? Tym bardziej że Steven wydaje się bardzo trzeźwo myślącym człowiekiem, bardzo mocno zakorzenionym w świecie rozumu; dlaczego więc nikogo nie zastanawia skąd wie co się wydarzy w przyszłości? I dlaczego w żadnym momencie Steven nie starał się w logiczny sposób wydobyć z niego informacji, co właściwie im zrobił, tylko posłusznie przyjmuję alternatywę chłopaka? To chyba jednak pozostanie zagadka.
Koniec końców – osobiście odrobinę się zawiodłam. Ale może wynika to raczej z faktu, że spodziewałam się prawdziwego arcydzieła, wspięcia się na ostateczną wyżynę przez reżysera (tylko po to, by z kolejnym filmem móc wspiąć się jeszcze wyżej), a dostałam tylko bardzo dobry film. Gdyby był to film debiutanta, z pewnością byłabym o wiele bardziej zachwycona. A tak… pozostało uczucie niedosytu i świadomość, że Yorgosa Lanthimosa stać na więcej.



22 listopada 2017

#17 Thor: Ragnarok (Taika Waititi, 2017)

Główna obsada: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Mark Ruffalo, Cate Blanchett
Scenariusz: na podstawie komiksów
Muzyka: Mark Mothersbaugh
Zdjęcia: Javier Aguirresarobe

Jestem zaskoczona tym filmem. Co prawda zwiastuny zapowiadały, że to może być coś dobrego, ale mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że ja przecież nie lubię Thora. A tu nagle okazuje się, że to właśnie Thor: Ragnarok, zupełnie niespodziewanie, okazał się jednym z lepszych filmów uniwersum. 
Widać, że Marvel załapał, że humor to coś, co się dobrze sprzedaje, na przykładzie Strażników Galaktyki i to właśnie na humor postawił i w swojej najnowszej produkcji. Ale obok humoru dostajemy też wartką akcję i ciekawą fabułę. Byle tylko nie okazało się, że za moment dostaniemy przegięcie w drugą stronę i to, co teraz jest powiewem świeżości, stanie się wtórne i oklepane poprzez wykorzystywanie w każdym możliwym filmie uniwersum.


Akcja produkcji Thor: Ragnarok zbiega się na osi czasu z Kapitanem Ameryką: Wojną bohaterów i tłumaczy, dlaczego w filmie nie pojawił się Thor ani Hulk. Zwyczajnie mieli wtedy swoje własne problemy do rozwiązania. W Thorze pojawia się również cameo Doktora Strange’a, który dostaje swoją własną pulę zabawnych rozwiązań fabularnych, które wykorzystuje na Thorze i Lokim. 
Widać duże nastawienie na relacje między bohaterami, co wypada zdecydowanie na plus. Znacznemu rozbudowaniu uległa relacja pomiędzy braćmi, która w tej chwili zdaje się nabierać realnych kształtów wraz z drobnymi wspomnieniami z dzieciństwa i regularnymi przepychankami. Na zauważenie zasługuje też bromace Thora i Hulka/Bannera, który jest diablo zabawny, ale równocześnie nie brak w nim dramatycznych i dojrzałych akcentów. Pozostaje jeszcze Thor i ostatnia z Walkirii, grana przez Tessę Thompson – przemowa speszonego Thora, kiedy orientuje się, kim ona jest, daje nadzieję, że „bycie bohaterem” wreszcie przestanie być kojarzone z typowo męskim „zawodem”.


Zdecydowanie najmocniejszym elementem tego filmu jest wspomniany już humor i ciekawe postacie. Szczególnie należy tu zwrócić uwagę na granego przez Jeffa Goldbluma Arcymistrza, który jest postacią nową. I absolutnie kradnącą każdą scenę, w jakiej się pojawia. Goldblum świetnie się sprawdza w tej komediowej roli władcy planety, na której lądują wszystkie niechciane rzeczy i organizatora rozrywki na kształt dawnych walk gladiatorów. Na tę planetę w wyniku różnych perturbacji trafia Loki, a po nim Thor, który bardzo szybko spotyka dotychczasowego championa, czyli nikogo innego, jak Hulka, który niekoniecznie chce wracać do roli Bannera.
Film oczywiście wygląda dobrze wizualnie. Efekty specjalne jak zwykle są na wysokim poziomie, ale po części ma na to wpływ klasyczne zastosowanie schematu dopełnieniowego, który tak często stosuje się w filmach Marvela. W tym przypadku jest to czerwony na klasycznym znaku Thora, czyli jego pelerynie oraz zielony, który jest za to symbolem Lokiego i Hulka. Świetnie współgra z tym wszystkim muzyka, a przede wszystkim utwór Led Zeppelin Immigrant Song znany już ze zwiastunów, który naprawdę rewelacyjnie podkreśla sceny, którym towarzyszy.


Film nie jest jednak bez wad. Zdecydowanie najsłabszym jego elementem jest występ Anthony’ego Hopkinsa. Choć oczywiście nie chodzi tu o jego grę aktorską, a niezwykle słabe rozpisanie fabuły. Postać Odyna pojawia się powiem tylko po to, by oznajmić swoim synom, że mają siostrę, którą uwięził, ale teraz umiera, dlatego nie może już dłużej nad nią panować, a kiedy wreszcie wyjdzie na wolność i dotrze do Asgardu, jej siła będzie niepokonana, po czym zamienia się w chmurę złotego pyłu. Jestem przekonana, że można było zrobić to odrobinę lepiej.
Drugim słabym punktem jest niestety postać Heli, która, choć bardzo ciekawa i mająca ogromny potencjał, dostała niezwykle mało czasu antenowego, przez co nawet nie udało jej się w pełni rozwinąć. Na backstory składa się jedno zdanie streszczenia, które wypowiedział Odyn. Później dostaniemy jedynie krótkie migawki, w których opowiada o tym, jak to kiedyś było lepiej i jak bardzo zmienił się Odyn.
Całość filmu wypada zdecydowanie na plus – oferuje świetną rozrywkę, a wiele aspektów filmu jest zrobiona naprawdę porządnie. Niemalże każda scena i większość dialogów jest naładowana dowcipem, przez co produkcję niezmiernie przyjemnie się ogląda, choć komediowość nie przesłania ani nie zastępuje fabuły.



© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Malihu
x