Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

1 stycznia 2019

#55 Black Mirror: Bandersnatch (David Slade, 2018)

Główna obsada: Fionn Whitehead, Will Poulter, Asim Chaudhry, Alice Lowe
Scenariusz: oryginalny, film interaktywny
Zdjęcia: Jake Polonsky

Black Mirror: Bandersnatch to zupełnie nowa forma, choć nie jest absolutnie innowacyjna, tyle tylko, że wcześniej było to związane raczej z grami komputerowymi. Film interaktywny to rodzaj rozrywki, w której sami możemy decydować o dalszych losach bohatera poprzez wybranie jednej z dostępnych opcji. To też świetna zagrywka marketingowa – obejrzenie Black Mirror: Bandersnatch będzie raczej niemożliwe poza Netflixem, więc zmusi wszystkich chętnych, którzy do tej pory nie mieli konta do jego założenia.
To właściwie pewnego rodzaju kuriozum – Black Mirror, które na każdym kroku stara się nas ostrzegać przed zgubnymi skutkami rozwoju technologicznego, samo popchnęło rozwój seriali na kolejny poziom. Nie sądzę jednak, aby była to przyszłość kinematografii – raczej jako ciekawostka, która może się rozwijać obok. 


Głównym bohaterem Black Mirror: Bandersnatch jest Stefan (Fionn Whitehead), młody projektant gier komputerowych, który chciałby wypuścić na rynek swoje pierwsze dzieło. Udaje mu się nawiązać współpracę z najbardziej znanym na rynku producentem, a tok zmusza nas do decyzji, by pracować samodzielnie z domu. Od tego wyboru, każda kolejna jedynie posuwa nas do przodu na spirali szaleństwa. A stamtąd już niedaleko do teorii spiskowych o tym, że nasze wybory nie są tak naprawdę nasze i teorii o Pac-Manie jako alegorii konsumpcjonizmu.
To wszystko wpisuje się idealnie w schemat filmu interaktywnego i w tematykę serialu Black Mirror. Bo przecież rzeczywiście tak jest, wszystkimi wyborami Stefana naprawdę steruje ktoś z zewnątrz. 


W Black Mirror: Bandersnatch nie ma dobrych wyborów. Większość z nich jest ponadto w pewien sposób sterowana – jeśli wybierzemy źle, interfejs cofa nas do pewnego miejsca, gdzie powinniśmy zdecydować inaczej. Ale nawet mimo to, każde z pięciu głównych zakończeń jest dla bohatera tragiczne. Ta pozorność wyborów tylko polepsza odbiór Bandersnatcha, bo idealnie wpisuje się w historię o kierowaniu naszymi wyborami przez wyższą siłę.
Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wartości dodanej jaką daje radość z odkrywania mnogości easter-eggów podłożonych przez autorów: szpital St. Junipero, roboty Metalhead, które występują na plakatach, gra Nohzdyve… Zresztą samo osadzenie akcji w roku 1984 mówi samo za siebie. 



28 października 2018

#46 Contagion – Epidemia strachu (Steven Soderbergh, 2011)


Główna obsada: Matt Damon, Laurence Fishburne, Jude Law, Kate Winslet, Marion Cotillard
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Cliff Martinez
Zdjęcia: Steven Soderbergh

Filmów o epidemiach jest stosunkowo niewiele. Przynajmniej gdy mówimy o dobrze zrealizowanych filmach. (Wykluczam w tym miejscu wszelkie ekranizacji o wirusie zamieniającym ludzi w zombie, bo to jednak inna para kaloszy i nie należy ich porównywać). Film Soderbergha do tych nielicznych należy.
Contagion dość sprawnie splata ze sobą liczne wątki – tworzą one osobne historie, pokazują walkę z epidemią z różnych punktów widzenia. I to działa zdecydowanie na jego korzyść. Mamy bowiem historię maluczkich (Matta Damona, który stara się ochronić swoją córkę przed zarażeniem, po tym jak stracił żonę i pasierba), lekarzy i epidemiologów (Kate Winslet) wysłanych na pierwszą linię, tych schowanych w laboratoriach i biurach (Jennifer Ehle, Marion Cotillard i Laurence Fishburne), jak również dziennikarza starającego się przekazać ludziom prawdę o chorobie (Jude Law).


Ostatni z wymienionych jest w dodatku dość nietypowy dla tego typu filmów – niezależny dziennikarz, który na swoim blogu szerzy antyszczepionkową propagandę. Do tego stopnia, że nawet udaje chorego po to, by przyjąć polecane przez niego naturalne środki i magicznie ozdrowieć, czym tylko wprowadza zamęt i chaos, ponieważ ludzie są gotowi zabić, by to lekarstwo zdobyć.
To nie tylko historia o rozwoju wirusa. To również historia o człowieczeństwie i tym, jak epidemia wpływa na jednostki oraz społeczeństwo. Dużo w tym wszystkim goryczy, rozwijającej się wraz z postępem choroby, która zajmuje coraz większe obszary. Najpierw jest dość niewinnie, niepokój aż bije z ekranu, jednak w miarę jak do akcji wkracza wojsko, wprowadzając kwarantannę w zarażonych miastach, w aptekach zaczyna brakować leków a w sklepach jedzenia, rozpoczyna się piekło. Ludzie postawieni pod ścianą nie cofną się przed niczym.


By złagodzić gorzkość, dostajemy fragmenty będące hymnem ku wspaniałości Ameryki. Pełno w nim wzniosłych gestów – oddanie swojej kurtki ostatnią resztką sił innemu choremu przez Kate Winslet, wstrzykiwanie sobie próbki szczepionki, by wiedzieć, czy jest skuteczna wcześniej, niż pozwalają na to przepisy (które wymagają najpierw przeprowadzenia prób na zwierzętach, które, jak wiadomo, trwają), oddanie swojej dawki szczepionki synowi woźnego. Można by tu wymienić również poświęcenie dla chińskiej wioski, ale Marion Cottliard akurat nie grała w filmie Amerykanki i w dodatku to zachowanie leżało niesamowicie blisko syndromu sztokholmskiego.
Jak widać we wcześniejszych akapitach, to film, który miał na celu przyciągnięcie do kina ludzi mnogością znanych nazwisk. Co bez wątpienia było dobrym posunięciem, ale wyraźnie widać, że nie dane im było pokazać pełni swojego potencjału. Co tylko podkreśla przekaz filmu – że w przypadku epidemii wszyscy jesteśmy równi.


W filmie jest wiele elementów typowych dla thrillera medycznego, ale równocześnie produkcja dość mocno od tego nurtu odchodzi, serwując historię o wiele bardziej zbliżoną do  dramatu. Oczywiście jest napięcie, zrealizowane w bardzo sprawny sposób, które doskonale podkreśla charakter filmu, cudownie współgrając z chłodem, jaki płynie z produkcji. Zdjęcia utrzymano w tym samym tonie, nie znajdziemy tu żadnych ostrych kolorów, wszystko jest ponure i stonowane. Brak niesamowitych efektów specjalnych (nawet objawy choroby są zadziwiająco zwyczajne) czy dramatycznej muzyki towarzyszącej żegnającym się ze światem bohaterom (choć muzyka Cliffa Martineza zdecydowanie zasługuje na uwagę, ponieważ bardzo dobrze podkreśla tempo i charakter produkcji). Brak również wielkiego spisku, który jest tak częstym towarzyszem filmów o epidemiach – w większości przypadków okazuje się, że wirus i epidemia wcale nie są przypadkiem, tylko zostały wzniecone przez terrorystów, naukowców lub wojsko. A tutaj mamy naturalniejsze podejście i może właśnie ono jest największą zaletą tego filmu, bo jest to, na swój sposób, coś nowego w gatunku.



3 września 2018

#39 Mroczne umysły (Jennifer Yuh Nelson, 2018)

Główna obsada: Amandla Stenberg, Harris Dickinson
Scenariusz: na podstawie powieści
Muzyka: Benjamin Wallfisch
Zdjęcia: Kramer Morgenthau

Mroczne umysły to przedłużenie trendu na postapokaliptyczne historię Young Adults, po Igrzyskach śmierci, Niezgodnej i Więźniu labiryntu oraz mniej udanych Piątej fali czy Dawcy pamięci. Najnowsze dzieło niestety zalicza się do tej drugiej kategorii. Można by próbować zrzucić winę na zmęczenie materiałem – ostatecznie pierwowzory powstawały w zbliżonym do siebie czasie, w przypadku ekranizacji podobny precedens już nie wystąpił.


To jednak nie jest główny powód niepowodzenia adaptacji powieści Alexandry Bracken – historia ma swoje słabe momenty, a film tylko je pogłębia. Początkowemu wyjaśnieniu świata przedstawionego brakuje polotu, jest za to bardzo toporne, w innych miejscach natomiast jakakolwiek ekspozycja bardzo by się przydała, na przykład w wątku romantycznym, który właściwie spada na widza jak rozpędzona cegłówka.
Brakuje też jakiegokolwiek sensownego wprowadzenia do świata przedstawionego. Bo to, co opowiada na początku główna bohaterka to jednak trochę mało. Skąd się wzięła tajemnicza choroba, dlaczego lepiej zamknąć dzieci w obozach pracy niż je ukrywać w domach czy próbować umiejętnie korzystać ze swoich nowych umiejętności, kto właściwie walczy z kim i dlaczego… To pozostanie zagadką. Oczywiście część z tych wątków może zostanie rozwinięta w kolejnych odsłonach, o ile powstaną. W efekcie fabuła jest relatywnie zrozumiała dla czytelników pierwowzoru, ale ostatecznie przecież nie tak powinno to działać. Zresztą, niektóre rzeczy i w powieści pozostają tajemnicą. A już tego, dlaczego dorośli tak bardzo boją się „zielonych”, czyli nieletnich geniuszy, by aż zamykać ich w obozach, tego chyba nigdy nie zrozumiem. Cóż rzec, logika nie jest mocną stroną tego widowiska. A im dalej w las, tym gorzej.  

Niestety aktorsko film również wypada dość miernie. Odtwórczyni głównej roli, Amandla Stenberg, nie przekonuje swoją grą, ponieważ momentami nie potrafi pokazać emocji targających jej postacią. Część z tych problemów wydaje się jednak wynikać bardziej z mankamentów scenariusza i nie najlepszego prowadzenia przez reżyserkę niż z jej umiejętności aktorskich. Pozostali odtwórcy również mają podobne problemy – ciężko uwierzyć w miłość Liama (Harris Dickinson) czy strach i zakłopotanie matki głównej bohaterki (Golden Brooks), co tym bardziej ciąży filmowi, że uniewiarygadnia bardzo ważny punkt zwrotny w historii. Trochę lepiej wypadają na tym tle Skylan Brooks w roli nastoletniego geniusza, Miya Cech jako zamknięta w sobie Suzume oraz Patrick Gibson jako syn prezydenta, Clancy Gray.
Film nawet nie stara się kryć z tym, że jest skokiem na kasę i już w pierwszej części bez skrępowania pokazuje, że czekają nas kolejne odsłony. Czy koniec końców powstaną, nie wiadomo. Nie spodziewam się jakiegoś skoku jakości sequeli, bo z pomocą dobrych scenarzystów już w przypadku Mrocznych umysłów można było naprawić niedociągnięcia materiału źródłowego i wypuścić coś o wiele lepszego niż to, co ostatecznie powstało. Tej możliwości jednak nie wykorzystano.  

Może rzeczywiście czas dystopii dla młodych dorosłych przeminął. A może zwyczajnie Mroczne umysły są po prostu słabym filmem.



9 sierpnia 2018

#37 Człowiek, który zabił Don Kichota (Terry Gilliam, 2018)

Główna obsada: Adam Driver, Jonathan Pryce, Joana Ribeiro
Scenariusz: na podstawie powieści Miguela de Cervantesa
Muzyka: Roque Baños
Zdjęcia: Nicola Pecorini

Mało który film obrósł aż taką legendą na długo, zanim trafił do kin. Ale mało który film miał na to aż tyle czasu, bo od momentu powstania konceptu w głowie Gilliama a ostateczną premierą minęło przeszło ćwierć wieku, z czego sam autor skwapliwie żartuje, jak również nie wstydzi się tego i mówi o tym wprost w napisach początkowych.


Toby, młody reżyser uważany za wielkiego geniusza, przybywa do Hiszpanii nakręcić Wielki Film. Jednak wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle. Toby nie jest typem, który wyzwala w nas wielkie pokłady sympatii – wręcz przeciwnie, jest bawidamkiem z przerośniętym ego, a w jego zmaganiach z produkcją filmu wyraźnie widać wewnętrzną pustkę i brak inspiracji. Szukając jej, Toby dociera do swojego studenckiego filmu, który również traktował o Don Kichocie. W scenach z filmu i retrospekcjach z czasu jego kręcenia widać zupełnie innego Toby’ego – studenta, który aż promieniał pasją do sztuki.
Seans filmowy sprawia, że Toby chwyta za motor i wyrusza do wioski, w której spędził kilka miesięcy dekadę wcześniej, licząc, że spotkanie z dawnymi miejscami i aktorami przyniesie mu natchnienie. Okazuje się jednak, że w wiosce bardzo wiele się zmieniło, a jego przyjazd znacznie wpłynął na lokalną społeczność. To należałoby zresztą odczytywać dużo szerzej – obserwator zawsze w pewien sposób zaburza harmonię miejsca; po wyjeździe ekipy filmowej, nawet dokumentalistów, życie już nigdy nie jest takie samo. Ten aspekt zresztą bazuje na osobistych doświadczeniach Gilliama, który wraz z ekipą kręcił Monty’ego Pythona i Świętego Graala w małej szkockiej wiosce, gdzie swoim pobytem dokonali pewnej rewolucji. 


Javier, odtwórca tytułowej roli Don Kichota w filmie sprzed dekady, dalej żyje w fikcyjnym świecie, zapewniając wszystkich o byciu błędnym rycerzem, swojej nieśmiertelności i powinności do ratowania świata (i pięknych niewiast, oczywiście). Co więcej, jest przekonany, że Toby to Sancho Pansa, który właśnie powrócił do niego po latach.
Choć filmowi nie brakuje humoru (ostatecznie to film Terry’ego Gilliama), to jednak jego kręgosłup stanowią świetni aktorzy. Jonathan Pryce jest Don Kichotem doskonałym – sam Gilliam stwierdził, że między innymi tyle trzeba było czekać na premierę Człowieka…, zwyczajniej czekał aż Pryce będzie wystarczająco stary, by móc w nim zagrać. Jednak największym zaskoczeniem jest Adam Driver, który wytacza ostrą szarżę i jest rewelacyjny, lawirując pomiędzy Tobym – zblazowanym, natchnionym młodym artystą i zagubionym Sancho, który sam zaczyna zatracać się w wyobrażeniu Don Kichota.


Momentami może nie wyszło idealnie, momentami czuć, że po tylu latach ten film chyba powinien być trochę lepszy, ale to wciąż świetna opowieść o zacierającej się granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją, realnością, a marzeniami.


18 lipca 2018

#33 The Box. Pułapka (Richard Kelly, 2009)

Główna obsada: Cameron Diaz, James Marsden
Scenariusz: na podstawie opowiadania Richarda Mathesona „Button, Button” 
Muzyka: Win Butler, Régine Chassagne, Owen Pallett
Zdjęcia: Steven Poster

Fabuła tego filmu jest naprawdę ciekawa – na progu domu zjawia się tajemnicza przesyłka, po południu równie tajemniczy mężczyzna, który informuje, że jeśli w ciągu doby główni bohaterowie zdecydują się na wciśnięcie przycisku urządzenia dostarczonego w paczce, ktoś, kogo nie znają, umrze, a oni dostaną milion dolarów.
Pierwsza część filmu to stopniowe wprowadzanie fabuły, które niestety momentami wyszło dość topornie. Pewne aspekty są wprowadzone niepotrzebnie lub po łebkach jak choćby cała sprawa ze stopą Normy. Właściwie nie do końca wiadomo, o co z nią chodzi? Wydaję się to bez sensu, wygląda zupełnie tak, jakby wszyscy bohaterowie nie istnieli w swoim środowisku przed chwilą rozpoczęcia fabuły. Dowodem na to może być fakt, że uczniowie Normy dopiero co zauważyli, że Norma utyka, co przecież absolutnie nie ma sensu, skoro straciła palce w wieku lat siedemnastu. No i jeszcze choćby to, że całe NASA zdaje się przymykać oko na prywatne wykorzystanie super-hiper-nowoczesnych materiałów, pewnie chronionych jakimiś patentami (albo nawet ściśle tajnych, skoro stosowanych do produkcji siedzeń dla astronautów w statkach kosmicznych).


Bohaterowie zastanawiają się nad tym, czy przycisk wcisnąć – od samego początku mocno widać, że mają zupełnie inny pogląd na sprawę – widać, że Norma bardzo chciałaby to zrobić, bo wie, że pieniądze są im potrzebne – na operację stopy, czesne syna, by zabezpieczyć finansowo rodzinę. Arthur próbuje podejść do sprawy racjonalnie, rozkłada pudełko na części, sprawdza, czy pieniądze, które dostali jako „zaliczkę” są prawdziwe, przekonuje żonę, że to prawdopodobnie jeden wielki żart panny młodej, którą druhną miała być w najbliższym czasie. Na koniec wyrzuca z siebie kilka niezwykle metafizycznych myśli o tym, co to tak naprawdę znaczy znać kogoś. I gdy już prawie myślimy, że ma facet rację i udało mu się przekonać żonę, ta, z zupełnego zaskoczenia, wciska przycisk.
Osobiście film oglądam drugi (a może nawet trzeci) raz, choć po wielu latach przerwy pamiętałam tylko zarys fabuły, widzę jednak teraz, że film podaje rozwiązanie wprost, właściwie na tacy zakończenie już w 35 minucie filmu. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy te lata temu tamta wypowiedź również zwróciła moją uwagę, mogę jednak przypuszczać, że tak – jest ona naprawdę mocno zaakcentowana, poprzedza ją długa pauza oraz narastająca muzyka budująca napięcie.


Ten film właściwie mógłby równie dobrze działać bez tej całej nadprzyrodzonej otoczki – gdyby się skupić na tym, jak taka decyzja mogłaby wpłynąć na małżeństwo, szczególnie że mieli ochotę podjąć różne decyzje, oraz na ich narastającej paranoi. Ale zamiast tego wokół bohaterów zaczynają się dziać dziwne rzeczy – jedni rzucają im dziwne spojrzenia, zupełnie jakby znali prawdę, innym leci krew z nosa. Co więcej, to już czyste wymysły autora scenariusza, ponieważ tekst, na którym film się opiera, rozwiązuje się trochę inaczej i zamyka się właściwie w miejscu naciśnięcia przycisku.
Nie podoba mi się też to, że we wszystkich trzech przypadkach, jakie widzimy, przycisk naciskają właśnie kobiety – wygląda to na pewnego rodzaju stygmatyzację, jakby zależało im wyłącznie na pieniądzach i nie przejmowały się tym, że przez to ktoś może zginąć.
Fabuła książki ma ogromny potencjał, który film zaprzepaścił. Aktorstwo jest na dobrym poziomie, ale poza tym The Box jest dziełem dość miernym.


8 lipca 2018

#32 The Titan (Lennart Ruff, 2018)

Główna obsada: Sam Worthington, Taylor Schilling, Noah Jupe, Tom Wilkinson
Scenariusz: na podstawie historii Arasha Amel  
Muzyka: Fil Eisler
Zdjęcia: Jan-Marcello Kahl

The Titan nie jest filmem dobrym. Nie jest niestety nawet filmem przeciętnym, jest po prostu bardzo słaby. Podstawowym problemem tej produkcji jest bardzo kiepski scenariusz. Zawiera on wiele dziur logicznych, które boleśnie odzierają go z wiarygodności. Niestety nie ma w tym filmie żadnego elementu, który mógłby jakoś widza zachwycić i zatrzymać. Dlatego jestem pewna, że prawie każdy bardzo szybko o nim zapomni.


Pomysł na fabułę nie jest odkrywczy, wręcz przeciwnie, podobne historie wzięliśmy już wiele razy na dużym i małym ekranie. Gdy ludziom prawie udało się doszczętnie zniszczyć Ziemię, grupa specjalnie wyselekcjonowanych żołnierzy bierze udział w specjalnej misji, która ma umożliwić na zasiedlenie innej planety – w tym przypadku tytułowego Tytana, największego księżyca Saturna. Cały szkopuł polega na tym, że Tytan nie bardzo nadaje się do zamieszkania – niby jest atmosfera, i niby są jeziora, ale co z tego, skoro w powietrzu nie ma tlenu, a w zbiornikach wodnych znajduje się płynny metan. Dlatego, aby umożliwić rasie ludzkiej przeżycie, zamiast terraformować Tytana, postanowiono zmodyfikować człowieka, tak, aby mógł przeżyć w tych trudnych warunkach. Oczywiście modyfikacje ludzkiego DNA to nic pewnego i rezultaty są nie do przewidzenia. Mimo to przez cały film biorącym udział obiecują, że eksperyment jest całkowicie bezpieczny (mimo że równocześnie mówią, że część z nich prawdopodobnie nie przeżyje, a na potwierdzenie swoich słów mają broszurki!). Jak można się domyślić, historia nie kończy się najlepiej.
Gra aktorska wygląda, jakby nawet aktorzy nie wierzyli w prawdopodobieństwo tego scenariusza. Zarówno Sam Worthington, jak i Taylor Schilling, grająca jego żonę czy profesor Martin Collingwood (Tom Wilkinson) dają bardzo mierny występ. Efekty specjalne również nie powalają. Szczególnie wizualizacje Tytana wypadają wyjątkowo słabo. Również modyfikacje ciała, jakie przychodzą bohaterowie, nie wyglądają zbyt realistycznie.


Do tego wszystkiego już u samej podstawy historii, czai się wielka dziura fabularna. W jednej z pierwszych scen dowiadujemy się, że prawdopodobnie mało kto z biorących udział w badaniu osób przeżyje – wynika to z nieprzewidywalności mutacji. Równocześnie jednak główny bohater ciągle nas zapewnia, że robi to wszystko, by uratować swoją rodzinę. Również profesor, organizator całego przedsięwzięcia, zapewnia nas, że to wszystko ma na celu późniejsze zaludnienie Tytana. Ale jak niby chce umożliwić przesiedlenie ludzkości na inną planetę, jeżeli już na starcie wie, że konieczne modyfikacje, w wyniku których przetrwa zaledwie kilka procent populacji? To pozostanie niewyjaśnioną tajemnicą. Już chyba lepszym pomysłem było skupienie się na terraformowaniu. Może i byłoby to bardziej czasochłonne, ale z pewnością na dłuższą metę okazałoby się dla nas rozsądniejsze. No, chyba że profesor Collingwood po prostu chciał sobie poeksperymentować.
Netflix niestety po raz kolejny się nie popisał, a jedynie umocnił teorię, że filmów, w przeciwieństwie do seriali, to on robić nie umie.


17 września 2017

#11 W stronę słońca (Danny Boyle, 2007)

Główna obsada: Cillian Murphy, Rose Byrne, Chris Evans, Michelle Yeoh, Cliff Curtis, Hiroyuki Sanada
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: John Murphy
Zdjęcia: Alwin H. Kuchler

W stronę słońca wydaje mi się być filmem bardzo niedocenianym. Właściwie rzadko się o nim mówi przy okazji zestawiania ze sobą najlepszych filmów sci-fi, za to znajdziemy go na większości zestawień dotyczących niedocenianych pozycji tego gatunku. Mała popularność wydaje się bardzo nietypowa, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystko, co przemawia na jego korzyść: reżyserię Danny’ego Boyle’a, ciekawą fabułę, bardzo dobrą obsadę, ładne zdjęcia (szczególnie ujęcia spoza statku wypadają w tym przypadku korzystnie) i świetną muzykę Johna Murphy’ego (a w szczególności tytułowy utwór Sunshine, który przenika do kości).
W kluczowych założeniach W stronę słońca leży blisko innych filmów tego gatunku. Jest statek kosmiczny, który ma jakąś misję i wszystko jest dobrze, dopóki nie pojawiają się komplikację. Tutaj niestety cały szereg komplikacji, choć to niejako efekt domina, bo wszystkie kolejne problemy wynikają z tej jednej decyzji, która wydawała się bardzo rozsądna.


Misja załogi Icarusa (cóż za przewrotna nazwa jak na statek, który musi podlecieć tak dramatycznie blisko Słońca!) przedstawia się następująco: spuścić superbombę i zrestartować Słońce, które gaśnie, a w efekcie uratowanie ludzi na Ziemi. Brzmi słabo i absolutnie nie mam zamiaru się z tym spierać, bo to rzeczywiście wygląda prawie jak przepis na katastrofę (vide Jądro ziemi – film tak zły, że aż bolesny w oglądaniu), ale niech Was to nie zwiedzie.
W stronę słońca to w gruncie rzeczy bardzo poważne, głębokie kino, skupiające się na ludzkiej psychice. Na tym, jak różne możemy przybierać postawy, kiedy musimy się zmierzyć z odosobnieniem i z sytuacjami, wydawałoby się, ekstremalnymi. Bo reakcje załogi są różnorodne: od ucieczki, poprzez walkę aż do szaleństwa oraz depresji. Bohaterowie to naprawdę mocna strona tego filmu, a bardzo dobra obsada, tylko ją wzmacnia.


Nie można jednak ukrywać, że w filmie jest wiele głupotek z punktu widzenia nauki. Ale też film nie stara się udawać, że jest bardziej science niż fiction. Pewnie można by się tutaj długo bawić wypisując wszystkie takie mankamenty scenariusza, ale może warto jednak przymknąć na to oko i po prostu cieszyć się dobrą rozrywką, jaką film oferuje odbiorcy?
W przeciwieństwie do innych filmów gatunku, w filmie nie pojawia się żadna obca forma życia, która stara się wymordować załogę, wręcz przeciwnie, tutaj za wszystko odpowiedzialni są wyłącznie ludzie. Co prawda na przestrzeni produkcji napięcie stopniowo wzrasta, ale jest ono budowane w trochę inny sposób, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni – nastawienie na długie, powolne ujęcia, które z pomocą muzyki tylko mocniej oddziałują na widza, zamiast mrugającego światła i potworów wyskakujących z ciemności.


Niestety główną wadą tego filmu jest to, że w pewnym momencie nastąpił kompletny zwrot akcji, a za nim również kompletnie zmienił się jego charakter. Niewątpliwie byłby o wiele lepszy bez tego wątku semi-horroru, bo właśnie w budowaniu charakterów i skupieniu się na psychologii postaci leżała jego siła. Na zmianie gatunku szczególnie cierpią ostatnie sceny produkcji. Bez tego wątku, film naprawdę miałby szansę stać się arcydziełem, a tak lekki niesmak pozostaje, gdy widzi się ten cały zmarnowany potencjał. Poza tym, film porusza właściwe struny we właściwych momentach, dając nam dość ładny i zwięzły obraz życia w kosmosie, na ograniczonej przestrzeni, w tak wąskim gronie osób, bez możliwości kontaktu z nikim z zewnątrz. Z koniecznością podejmowania trudnych decyzji w imieniu milionów i konsekwencji błędów, które na te miliony mają wpływ.



20 sierpnia 2017

#7 Valerian i Miasto Tysiąca Planet (Luc Besson, 2017)

Główna obsada: Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Rihanna
Scenariusz: na podstawie komiksu
Muzyka: Alexandre Desplat
Zdjęcia: Thierry Arbogast

Już oglądając trailery, pozbyłam się złudzeń i nie miałam względem tego filmu wielkich oczekiwań, poza efektami specjalnymi, które już tam robiły wrażenie.
Spodziewałam się słabej fabuły i dokładnie to dostałam. Nawet nie chodzi o to, że scenariusz ma wiele dziur fabularnych czy rozchodzi się w szwach – jest po prostu do cna przewidywalny. Już od pierwszych chwil, kiedy dowiadujemy się, że coś jest nie tak, niezwykle łatwo się domyślić, kto za tym wszystkim stoi. W związku z tym kolejne intrygi zbytnio nas nie zajmują.


Bardzo istotnym mankamentem scenariusza jest wątek miłosny pomiędzy głównymi bohaterami. Osobiście nie dostrzegam między nimi chemii, przez co ich relacja jest lekko drewniana, a w scenach które miały być najbardziej romantyczne i zapierać dech w piersiach w oczekiwaniu na rozwój wypadków, na przemian uderzałam otwartą dłonią w czoło i powstrzymywałam wybuch śmiechu. Mnie łączące tych dwoje uczucie absolutnie nie przekonuje i jestem zdania, że film mógłby bardzo wiele zyskać na tym, gdyby bohaterowie po prostu się przyjaźnili lub byli rodzeństwem. Ale rozumiem, że ich romans wynika z pierwowzoru – w takim wypadku sprawę mogłaby rozwiązać wybór innej obsady. Szczególnie biorąc pod uwagę zapowiedzi pana Bessona, że jeśli Valerian okaże się sukcesem, powstaną kolejne filmy (właściwie scenariusze części drugiej i trzeciej już się piszą). Patrząc jednak na wyniki box office’a (po przeszło trzech tygodniach emisji jeszcze sporo brakuje, by produkcja przynajmniej się zwróciła – ale też wydano na nią zawrotną kwotę blisko 200 milionów dolarów, co czyni go najdroższym europejskim filmem jaki nakręcono) i bardzo mieszane oceny krytyków, może być różnie.


Na tle filmu ładnie wypada sekwencja otwierająca, dla której jako podkład muzyczny wybrano utwór Space Oddity Davida Bowiego pokazująca jak rozrastała się ziemska stacja kosmiczna, a także scena z Rihanną (co było dla mnie sporym zaskoczeniem), której urywek zaprezentowano nam w trailerze. Choć z drugiej strony, akurat ta scena to równocześnie ogrom zmarnowanego potencjału, bo mogłaby być o wiele ciekawsza, gdyby kobieta, która potrafi przybierać dowolną postać, zmieniała się choćby w inne aktorki, zamiast tylko zmieniać ubrania i peruki (choć trzeba przyznać, robi to w niezwykle efektowny sposób).
Wartością dodaną filmu jest też muzyka skomponowana przez Alexandre Desplat, która bardzo przyjemnie uzupełnia piękne kadry.
Poza scenariuszem, moją największą obawą był występ Cary Delevingne, którą uważam za mierną aktorkę. Niestety ten film również tego poglądu nie zmienił. Do tego koszmarnie męczyła jej mimika twarzy i niepohamowana, często nieuzasadniona agresja. Przez to ciężko mi zrozumieć komentarze dotyczące Valeriana, w których podaje udział Delevingne jako najsilniejszą część produkcji. 


Jeśli o efekty chodzi, to choć oczywiście są spektakularne i niezwykle widowiskowe, muszę przyznać, że byłam przekonana, że w filmie znajdzie się ich o wiele więcej. W kilku scenach wybitnie widać, że były one robione by wyglądać atrakcyjnie w trójwymiarze, co przy oglądaniu wersji 2D daję odrobinę dziwne wrażenie. Sądziłam, że reżyser zechce skorzystać z możliwości, jakie kreuje to uniwersum i sama Alfa, a okazuje się, że jednak dość spora część filmu rozgrywa się w metalowych wnętrzach statku kosmicznego. Innym zarzutem jest fakt, że zdecydowana większość obcych cywilizacji, która się pojawia jest niezwykle humanoidalna, a przecież podobno na Alfie żyje przeszło 3000 gatunków, to naprawdę ogromny potencjał, który, wydaje mi się, można było wykorzystać znacznie lepiej.
Film rzeczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami, okazał się śliczną wydmuszką. Jednak nie można mu odmówić, że wizualnie jest prawdziwym majstersztykiem. Szkoda tylko, że fabuła i obsada nie dorównują efektom specjalnym.



16 czerwca 2017

#2 Antiviral (Brandon Cronenberg, 2012)

Główna obsada: Caleb Landry Jones, Sarah Gadon, Malcolm McDowell
Scenariusz oryginalny
Muzyka: E.C. Woodley
Zdjęcia: Karim Hussain

W momencie, kiedy tylko trafiłam na ten film, właściwie zupełnie przypadkiem, wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Przeczuwałam, słusznie zresztą, że trafi on w moje gusta dotyczące dziwnych filmów. Co więcej, okazał się jedną z tych produkcji, które absolutnie i kompletnie kupiły mnie swoim klimatem. Ta historia, będąca swoistą krytyką współczesnego świata, gdzie tak wielu z nas żyje zapatrzonych w ekrany telefonów i komputerów, czasami wiedząc o życiu naszych idoli więcej niż oni sami. Internet pozwala nam coraz częściej śledzić ich poczynania krok za krokiem, a utrzymanie anonimowości na przestrzeni ostatniej dekady staje się coraz trudniejsze. Chcemy coraz więcej i szybciej, a film stara się odpowiedzieć na pytanie, co będzie, kiedy kontakt, jaki mamy dziś z celebrytami, przestanie nam wystarczać.
Spotkałam się z wieloma zarzutami, że główna oś fabuły jest nieprawdopodobna i absurdalna. Nie potrafię się z tym zgodzić. W moim odczuciu to, co wymyślił Cronenberg, może i jest dziwne i podkoloryzowane, ale na pewno nie nieprawdopodobne. Czy przedstawiona przez niego chorobliwa chęć styczności z ulubionym aktorem czy pisarzem jest naprawdę aż tak niespotykana? Skoro znajdują się chętni do zapłacenia bajońskich sum za kosmyk włosów Johna Lennona czy najdrobniejsze nawet pamiątki po znanych osobistościach? Nasuwa się na myśl scena z Chicago (2002), kiedy Roxie Hart po zabiciu kochanka z dnia na dzień staje się gwiazdą, a mąż, by opłacić drogiego prawnika, organizuje wyprzedaż jej rzeczy. Nikogo nie powinno chyba dziwić, że wszystkie przedmioty sprzedały się natychmiast. Dlatego też myślę, że wizja przedstawiona przez Cronenberga wcale nie jest taka całkowicie nierealna.
Jeśli o klimat chodzi, już sama sekwencja otwierająca mnie urzekła. Cały film wydaje się niemal sterylny (co tak po prawdzie bardzo pasuje do fabuły), utrzymany w monochromatycznej palecie barw, bazującej na czerwieni. Bardzo sugestywnie podkreśla kolor krwi, uzyskujemy wspaniały klimat w scenie z klubem, pełnym świecących, neonoworóżowych paneli oraz epizodzie z telewizorem, gdzie pomieszczenie jest obwieszone krwistoczerwoną zasłoną (zupełnie jak w scenach snu Dale’a Coopera z Twin Peaks). Ponadto świetnie współgra z urodą głównego bohatera, granego przez Caleba Landry’ego Jonesa. Pojedyncze sceny mają paletę dopełniającą, zawsze jednak to właśnie czerwony jest kolorem dominującym – obecność zielonego tylko sprawia, że jest on jeszcze bardziej wyeksponowany.
Nie oszukujmy się, nie da się patrzeć na ten film, nie zauważając podobieństw do twórczości ojca Brandona, Davida. Antiviral jest, podobnie jak jego filmy, niepokojący, choć w trochę inny sposób. Aż prosi się, by wspomnieć o delikatnej nici powiązań z Muchą (1986) – w Antiviral również rozbijamy się o eksperymenty – w filmie mamy nie tylko samo kupowanie zarazków od gwiazd, tak, by klienci firmy mogli je sobie wszczepić za ogromne pieniądze i cieszyć się wyjątkowością, jaką dawało im chorowanie na to samo, co ich idole. Dostajemy tu również szereg innych niepokojących spraw, jak choćby licytacja wyników analizy zużytej podpaski zmarłej aktorki, sprzedawanie wirusów zwierząt posiadanych przez celebrytów, wytwarzanie skóry (którą później można nosić niczym tatuaż), albo – co chyba najbardziej niepokojące – mięsa z komórek gwiazd – w tym miejscu pojawia się pytanie, czy to już kanibalizm, czy może coś zupełnie innego, na co obecnie nawet nie ma odpowiedniej nazwy.
Co więcej, nawiązań do filmów taty jest tu aż nadto i tylko czekają, by je znaleźć. To nie tylko Mucha, ale i Wideodrom (1983) – dostajemy fragment projekcji oglądanej przez bohatera, w którym kobieta wypowiada kwestie, bardzo podobne do tych pojawiających się w Wideodromie, i chorobową wizję o dziwacznych mutacjach ciała Syda. Do tego dochodzi jeszcze cały aspekt rozważania o kulturze mediów masowych, o świętości ciała, o obsesji. Pojawia się też wypowiedź głównego bohatera o dreszczach, co również może być swoistym nawiązaniem do filmu o takim tytule – Dreszcze (1975).
Całość produkcji dopełnia świetnie współgrająca z obrazem muzyka. W tym przypadku stanowi ona jednak jedynie dopełnienie obrazu, raczej wątpię, aby mogła ona funkcjonować jako coś samodzielnego – osobiście kilka dni później już nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnych szczegółów dotyczących ścieżki muzycznej.
Przyznam szczerze, że, kiedy weszłam na filmweb, by wystawić ocenę, byłam zaskoczona tym, że jest ona tak niska (na dzień dzisiejszy ledwie 5,2, na zagranicznych serwisach trochę wyżej, ale też nie przekracza 6). Choć doskonale mogę zrozumieć, że ktoś poczuł się zawiedziony, jeśli oczekiwał typowego horroru. Bo choć rzeczywiście widać tutaj elementu charakterystyczne dla body horror, to należy mieć na uwadze, że w ten sposób określa się również to, co dzieje się z bohaterami Fantastycznej czwórki (2015) po ich przemianie, z Vaderem po pojedynku na Mustafar w Gwiezdnych wojnach: część III – Zemsta Sithów (2005) czy to, co działo się z załogą Latającego Holendra w drugiej części Piratów z Karaibów: Skrzynia umarlaka (2006). A tych filmów jako horror raczej nikt by nie zakwalifikował. Czy trzy ostatnie minuty filmu i ta jedna scena (będąca zresztą wyłącznie urojeniem bohatera) zadecydowała o kwalifikacji Antiviral jako horror? W moim odczuciu thriller byłby o wiele bardziej adekwatny – szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, że właśnie tak został zakwalifikowany wspomniany już Wideodrom.
Niemniej mnie ten film kupił. I dodatkowy plus za to, że to jednak, jakby na to nie patrzeć, debiut.


25 maja 2017

#1 Obcy: Przymierze (Ridley Scott, 2017)

Główna obsada: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup
Scenariusz oryginalny, szósta część sagi.
Muzyka: Jed Kurzel
Zdjęcia: Dariusz Wolski

Nowy Obcy to film, który obiecywał wiele. Powrót do klimatu oryginału i oderwanie się od Prometeusza (2012), przez wielu został uznanego za niezbyt udaną produkcję. Osobiście akurat należę do jego sympatyków, chociaż dostrzegam w nim liczne niedociągnięcia, dziury logiczne i zwyczajne głupotki (jak choćby nieumiejętność bohaterki granej przez Charlize Theron do zmienienia kierunku biegu). Na pewno był to film z ogromnym potencjałem, który nie został w pełni wykorzystany, ale zakończenie dawało nadzieję na to, że kolejna część powróci przynajmniej do niektórych z nierozwiązanych wątków. Przymierze jednak nie do końca sprostało tym oczekiwaniom.
Najnowszy obraz Ridley’a Scotta to pewnego rodzaju hybryda, składająca się z kilku pozornie tylko dopasowanych do siebie części. 
Film otwiera scena z dalekiej przeszłości – rozgrywa się na długo przed akcją Prometeusza – pokazuje nam początki życia androida Davida. To naprawdę porządna scena otwierająca, poza bardzo dobrym duetem Guy Pierce’a i Michaela Fassbendera, to naprawdę piękna, sterylna scenografia, a całość dopełnia wejście bogów do Walhalli Wagnera, które w bardzo ładny sposób spina produkcję ładną klamrą. Można by nawet pokusić się o, być może daleko idącą, interpretację, że to, że w pierwszej scenie melodia wygrywana jest wyłącznie na fortepianie, a na końcu przez całą orkiestrę stanowi symbol rozwoju Davida. 
Później pojawia się właściwa część filmu, rozgrywająca się na statku kosmicznym, tytułowym Przymierzu, wiozącym dwa tysiące kolonizatorów i zapłodnione embriony, mające zapewnić różnorodność genetyczną kolejnych pokoleń. W wyniku usterki, załoga zostaje wybudzona, a podczas naprawy statku natrafiają na szczątkowy sygnał pochodzący z planety. Ta okazuje się idealna do zamieszkania – tyle tylko, że mimo lat poszukiwań odpowiedniego miejsca w galaktyce, nikt nigdy jej nie zauważył. Już samo to wydaje się mocno naciągane, ale nikogo nie wydaje się to zbytnio zastanawiać. Kapitan chcąc zyskać przychylność pozostałych, po tym jak potraktował ich wcześniej i po upomnieniu żony, że przecież kiedyś będą jego sąsiadami, decyduje się zbadać planetę. Cóż… i bez oglądania możemy się domyślać, jak to się skończy. W tym temacie Przymierze nie zaskakuje, wręcz wypada dość miałko i wtórnie, zdecydowanie nie dorównując Obcemu


Najsilniejsze ogniwo produkcji stanowi Michael Fassbender w podwójnej roli (choć chyba spodobały mu się peleryny i kaptury po występnie w Assassin's Creed (2016)). Chociaż biorąc pod uwagę dorobek aktora nie jest żadnym zaskoczeniem, że i w tym filmie dał pokaz dobrego aktorstwa. Bardzo ładnie prezentuje się tutaj kontrast pomiędzy dwoma androidami i powody różnic między nimi zostały całkiem ładnie wyłuszczone. I tylko ciężko uwierzyć, że nikt się nie zorientował, że z Davidem jest coś nie tak, widząc jaką kolekcję przedziwnych rzeczy ma w swoim pokoju. 
Całkiem dobrze wypada też Waterston, która odwaliła kawał dobrej roboty – udało jej się wykreować silną postać kobiecą (choć do Sigourney Weaver trochę jej brakuje) i nie dość, że nie boi się stanąć oko w oko z Obcym, mimo tragedii jaka spotkała ją w pierwszych minutach produkcji, potrafi też sama naprawić zawartość maszynowni. Duży plus stanowi też jej świadomość, po co właściwie znaleźli się na Przymierzu – że są tam przede wszystkim dla kolonistów, stara się użyć logiki, oficjalnie sprzeciwia się kapitanowi, upierając się, że rozsądniej wybrać planetę badaną przez dekadę, zamiast lecieć eksplorować zupełnie nieznaną, gdzie szaleją huragany, co bardzo utrudnia komunikację między lądownikiem a statkiem. 
Produkcję bardzo ładnie dopełniają klimatyczne zdjęcia, po których wyraźnie widać dbałość o szczegóły i kunszt Scotta oraz polskiego operatora Dariusza Wolskiego. Dość ładnie dopełnia ją również muzyka skomponowana przez Jeda Kurzela, choć nie sądzę, by została ze mną na dłużej, w przeciwieństwie choćby do soundtracku do Slow West (2015) czy Makbeta (2015) (które gorąco polecam, co ciekawe w obu gra Fassbender). 


Niestety Przymierze ma również wady. 
Po pierwsze, wspomniana już kreacja bohaterów. Poza Walterem i Daniels, załoga została potraktowana po macoszemu – postaci te nie zostały zbytnio rozwinięte, nie wiemy nawet tak naprawdę jaki mieli powód, by wziąć udział w tej misji, w efekcie nie jest nam też zbytnio smutno, kiedy giną. Jakby tego było mało, w dodatku bohaterowie są niespójni. Najlepiej widać to na przykładzie kapitana, który na początku wydaje się człowiekiem stawiającym przepisy i zasady ponad wszystko, ale już chwilę później beztrosko decyduje się na eksplorację zupełnie nieznanej planety (której wcześniej nikt nigdy nie widział, seriously, nikomu nie wydaje się to podejrzane? Że być może ta planeta została ukryta z jakiegoś powodu?), z zupełnie absurdalnych powodów, bo nikt z załogi nie chce wracać do spania na kolejne siedem lat. Tak, brzmi jak dobry powód do zagrożenia całej misji. 
Drugim niezwykle poważnym problemem jest (mimo wszystko) słaba korelacja pomiędzy dwoma sąsiednimi częściami serii – Przymierze miało stanowić bowiem prequel dla Obcego - 8. pasażera „Nostromo” (1979) i sequel dla Prometeusza (2012). I o ile z Obcym powiązanie jest dość luźne i można założyć, że w kolejnej części ta siatka powiązań zostanie rozbudowana, powiązana z Prometeuszem wypadają słabiutko. Prometeusz zostawił wiele pytań, wiele wątków, które błagały o domknięcie – tak po prawdzie to cała sprawa z Inżynierami aż prosiła się o domknięcie. Jeśli ktoś liczył, że z Przymierze odpowie na pytanie postawione w poprzedniej części, mocno się zawiedzie. 


Nadal nie wiemy, dlaczego tak właściwie postanowili stworzyć ludzi, a potem ich zniszczyć, po co stworzyli tą czarną maź i te urocze gigantyczne tasiemce zabijające wszystko na swojej drodze. Scott odcina się bowiem od tego grubą kreską, rzucając nam (niemalże w twarz) jedną, krótką retrospekcją z udziałem Davida dziejącą się pomiędzy częściami, zupełnie jakby to miało rozwiązać sprawę. Co prowadzi do kolejnego problemu: motywacje Davida wydają mi się słabiutko wyjaśnione – albo nie ma ich wcale, albo są wynikiem niezbyt ładnego wyłożenia tego odbiorcy otwartym tekstem. 
Tak po prawdzie oba wymienione przeze mnie problemy wynikają w gruncie rzeczy w tego samego powodu – próby upchnięcia zbyt wielu spraw w ograniczonym metrażu. Z tego wszystkiego dostajemy film, który niby wydaje się w porządku, ale po wyjściu z kina pozostaje jakiś niedosyt. Może wynika to też z chęci odcięcia się od Prometeusza, nazwanego ostatnio przez Ridley’a Scotta pomyłką. Trzeba brać jednak odpowiedzialność za swoje dzieła i wypić piwo, którego się nawarzyło. A jeśli chciał się już odcinać, to może należało zrobić obraz niepowiązany z Prometeuszem.
Przymierze pierwszemu Obcemu do pięt nie dorasta. I podobnie jak Prometeusz, jest filmem o zmarnowanym potencjale. Choć tym razem chyba jeszcze bardziej niż poprzednio.


© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Malihu
x