Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nh2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nh2018. Pokaż wszystkie posty

30 grudnia 2018

#53 Płomienie (Chang-dong Lee, 2018)

Główna obsada: Ah In Yoo, Steven Yeun, Jong-seo Jun
Scenariusz: na podstawie opowiadania Haruki Murakamiego
Muzyka: Mowg
Zdjęcia: Kyung-Pyo Hong

Kolejny kandydat do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny, tym razem wystawiony z ramienia Korei Południowej, trafia na ekrany polskich kin. Plakaty powiadają, że to najsubtelniejszy thriller wszechczasów. I choć z pewnością czasami jest to po prostu czcze gadanie mające za zadanie tylko sukces kasowy, w tym przypadku stwierdzenie może być prawdą.
Historia bazuje na opowiadaniu Haruki Murakamiego pod tytułem Spalenie stodoły, ale mocno czerpie również z tekstu Williama Faulknera pod tym samym tytułem, szczególnie w przypadku wątku relacji ojca i syna. W filmie porozsiewanych jest wiele tropów dotyczących wspomnianych twórczości, a wielu krytyków porównuje postać Bena do Wielkiego Gatsby’ego. Płomienie to prawdziwa uczta nawiązań kulturowych.


Jong-soo marzy o zostaniu pisarzem, ale sytuacja zmusiła go do powrotu na rodzinną wieś, co nie wróży dobrze jego karierze. Tuż przed wyjazdem poznaje jednak Hae-mi, która twierdzi, że zna go ze szkoły. Dziewczyna jest na tyle urocza, że bohater bez mrugnięcia okiem godzi się pilnować jej kota, który podobno boi się obcych. Kiedy Hae-mi wraca z podróży do Afryki, stęskniony Jong-soo rusza odebrać ją z lotniska. Niestety dziewczyna pojawia się wraz z zamożnym i pewnym siebie Benem, którego sposób bycia wyraźnie wskazuje, że pochodzi z wyższej klasy społecznej. Przez pewien czas bohaterowie tkwią w tym dziwnym trójkącie miłosnym pełnym niewypowiedzianych uczuć, aż do dnia, kiedy Hae-mi znika bez słowa wyjaśnienia.
Cała siła tego filmu leży w niedopowiedzeniach i metaforach. Bardzo ważna w kontekście tego aspektu jest jedna z początkowych scen filmu, gdy Hae-mi opowiada głównemu bohaterowi o pantomimie, na której zajęcia ostatnio uczęszczała. Obierając niewidzialną mandarynkę, mówi: „nie chodzi o to, żeby uwierzyć, że coś istnieje – chodzi o zapomnienie, że tej rzeczy nie ma”. Odnosi się to zarówno do kota Hae-mi, jak i do metaforycznego palenia szklarni, o którym beztrosko opowiada Ben. Sam film można zresztą traktować jako jedną wielką metaforę. Na niesprawiedliwość społeczną, na dziedziczenie agresji, na zacieranie się granic pomiędzy realnym a nierealnym.


Fabuła, choć z pozoru wydaje się rozedrgana i pełna zbędnych wątków stopniowo splata się w dopracowaną całość, zostawiając również sporo miejsca na wkład własny widza. Film wypełniony pięknymi kadrami angażuje i trzyma w napięciu do samego końca. Nawet jeśli zakończenie nie jest do końca satysfakcjonujące w kontekście całości.



20 listopada 2018

#49 Utoya, 22 lipca (Erik Poppe, 2018)

Główna obsada: Andrea Berntzen, Aleksander Holmen
Scenariusz: na podstawie prawdziwych wydarzeń
Muzyka: Wolfgang Plagge
Zdjęcia: Martin Otterbeck

Tragedia na wyspie Utøya trwała długie 72 minuty. 72 minuty obezwładniającego strachu i niebywałej odwagi, 72 minuty oczekiwania na pomoc. Zamach przedstawiony w Utøya, 22 lipca również trwa 72 minuty, a dzięki kręceniu z ręki, dramatycznym zbliżeniom na twarze poszkodowanych, gdzie najgłośniejszym dźwiękiem jest oddech ich głosów i nieopadające napięcie sprawia, że ciężko nie wyjść z kina roztrzęsionym.
Przez to, że zamach miał miejsce z dala od wielkich miast, w mediach przetrwał jedynie jako streszczenia w wiadomościach i dramatyczne relacje ocalałych. Film Erika Poppe pozwala nam jednak spojrzeć na wydarzenia oczami ich uczestników. Główna bohaterka, Kaja, której towarzyszymy przez cały czas jest empatyczna, chce ratować siostrę, narażając siebie i czasami innych na niebezpieczeństwo, wykazuje się wielką odwagą, by chwilę później leżeć na leśnym poszyciu sparaliżowana strachem.


Film otwiera scena, w której Kaja mówi wprost do kamery: Nigdy tego nie zrozumiecie. Bardzo szybko okazuje się jednak, że nie było to do końca typowe łamanie zasady czwartej ściany, bo Kaja rozmawia przez telefon za pomocą niewidocznego na początku zestawu słuchawkowego. Stopniowo wraz z nią zagłębiamy się w obozowisko pełne młodzieży. Kaja sprzecza się z siostrą, która według niej nie okazuje respektu wobec niedawnego zamachu z Oslo i wobec cierpiących i bojących się o swoje rodziny współobozowiczów. Choć temat jest obecny w ich rozmowach i zastanawiają się, czyją właściwie może być winą, wciąż panuje wśród nich względnie wakacyjny nastrój. To wszystko drastycznie się kończy, gdy wkoło zaczynają padać pierwsze strzały. Rozpoczyna się dramatyczna walka o przetrwanie, a bicie serce mimowolnie przyspiesza tempa.
Andrea Berntzen swoją grą aktorską sprawia, że bardzo łatwo zżyć się z bohaterką, której nieustannie towarzyszy kamera. Postać Kai została zbudowana na podstawie relacje tych, którzy przeżyli atak. Nie jest odwzorowaniem losów tylko jednej osoby, ale wielu z nich i dzięki temu oddaje różne postawy, jakie przyjmowali uczestnicy tragicznych wydarzeń.
Dużą siłą filmu jest z pewnością nakręcenie go w jednym ujęciu (nawet jeśli w rzeczywistości sprytnie poukrywane są gdzieś niewidoczne cięcia montażowe) oraz skupienie się wyłącznie na ofiarach. Sam Brevik nie pojawia się jako nic więcej niż odległy cień sylwetki. 


Próba oddania wydarzeń tak świeżych w zbiorowej tożsamości wiąże się z wielkimi oczekiwaniami. Poppe jednak spisał się znakomicie, rewelacyjnie oddając tę nieludzką sytuację – przez cały film czuć namacalne napięcie. I nawet jeśli nie wszystkim się ten film spodobał, bo stwierdzili, że przekracza on pewne granice przyzwoitości, zdecydowanie warto się z nim zapoznać. Choćby po to, by wyrobić sobie o nim opinię.



19 października 2018

#45 The World Is Yours (Romain Gavras, 2018)

Główna obsada: Karim Leklou, Isabelle Adjani, Vincent Cassel, Oulaya Amamra
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Jamie XX
Zdjęcia: André Chemetoff

The World is Yours (Romain Gavras, 2018) program festiwalu Nowe Horyzonty reklamował jako film, z powodu którego Guy Ritchie będzie zgrzytał zębami z zazdrości. I może rzeczywiście tak będzie.


Romain Gavras upakował w niespełna dwóch godzinach naprawdę sporo dobrego kina. Główny bohater, François (Karim Leklou) jest dilerem – tyle tylko, że jego pozycję pomniejszego gangstera zestawiono z kontrastującym charakterem. François jest bowiem spokojny, niepewny siebie i do bólu uczepiony maminej spódnicy, co jest powodem większości jego problemów. Kiedy decyduje się on na zerwanie z kryminalnym półświatkiem na rzecz otwarcia legalnego biznesu za odłożone pieniądze, okazuje się to o wiele trudniejsze niż przypuszczał, ponieważ pieniądze oddane na przechowanie mamusi rozpłynęły się w powietrzu. François decyduje się na ostatnią fuchę, która pozwoli mu zdobyć potrzebny kapitał – wraz z wujem, byłą dziewczyną kleptomanką oraz dwoma niezbyt rozgarniętymi Mohamedami rusza do zalanej słońcem Hiszpanii by tam dobić targu z brytyjskim handlarzem narkotykami.   


Oczywiście nic nie może iść po jego myśli, więc cała podróż szybko przeradza się w istną mieszankę wybuchową, pełną absurdu, odwołań do Tarantino i klasyki filmu gangsterskiego (sam tytuł nawiązuje do Człowieka z blizną (1932, Howard Hawks)). Romain Gavras doskonale zresztą odnajduje się w zabawie konwenansami, stereotypami i nawiązaniami do obecnej sytuacji migracyjnej.
Toksyczną i samolubną matkę gra świetna Isabelle Adjani, a partneruje jej Vincent Cassel wcielający się w rolę zafascynowanego teoriami spiskowymi, żyjącego w swoim własnym świecie wuja. Całkiem zabawne jest, gdy po obejrzeniu całej serii filmików o iluminatach zaczyna dostrzegać trójkąty dosłownie wszędzie. 


Jedyny zarzut jaki można mieć do tego filmu to właściwie data polskiej dystrybucji, ponieważ to film typowo letni, chociaż może właśnie okaże się świetną odskocznią dla jesiennej pogody i miłym wspomnieniem upalnego lata.



23 września 2018

#43 Searching (Aneesh Chaganty, 2018)

Główna obsada: John Cho, Debra Messing, Michelle La
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Torin Borrowdale
Zdjęcia: Juan Sebastian Baron

Searching zachęcał do obejrzenia nie tylko interesującym zwiastunem, ale również niezwykle ciekawą formą. Nie ma w filmie bowiem ani jednego typowo filmowego ujęcia – wszystko jest zrzutem ekranu lub pewnym jego rodzajem, jak na przykład fragmenty telewizyjnych wiadomości. I trzeba przyznać, że taka forma pasuje do fabuły idealnie. Pozostaje jedynie czekać, aż inne filmy zaczną masowo ją powielać…


Film otwiera ujęcie doskonale znanego wszystkim użytkownikom Windowsa zielonego pagórka. Po nim następuje kilkunastominutowa składanka zdjęć i filmików, streszczających kilkanaście lat z życia rodziny Kim. Klimatem trochę przypomina wstęp do Odlotu (Pete Docter, Bob Peterson, 2009), szczególnie że oba intra mają równie słodko-gorzki wydźwięk.
Mamy więc ojca samotnie wychowującego córkę po śmierci żony – widać jak na dłoni, że Margot jest oczkiem w głowie tatusia. I wtedy Margot znika.
Na szczęście zostawiła w domu swój komputer, z którego David Kim korzysta, starając się ją odnaleźć. Początkowo myśli, że została na noc u przyjaciółki, ale gdy okazuje się to nieprawdą, zaczyna wydzwaniać do jej znajomych. Ci czasami podrzucają mu tropy, które okazują się prowadzić donikąd, ale w gruncie rzeczy chodzi tu o to, że szybko wychodzi na jaw, że David tak naprawdę nie znał swojej córki.    


Searching to bardzo dobry kawałek zabawy kinem gatunkowym – to całkiem porządny kryminał. Razem z Davidem staramy się rozwiązać zagadkę zniknięcia Margot, razem z nim jesteśmy zwodzeni, trafiamy w ślepe zaułki i zaczynamy wątpić w to, do czego udało nam się dojść wcześniej. Plot-twistów w filmie co niemiara, ale tej historii wychodzi to wyłącznie na dobre.
Ciężko nie poruszyć w tej recenzji ogromu pracy, jaką wykonał odtwórca głównej roli – John Cho. To on jest motorem napędowym tego filmu i to on ciągnie go na swoich barkach. W dodatku postawione przed nim zadanie było o tyle trudne, że przez zdecydowaną większość czasu oglądamy po prostu mniej lub bardziej wyraźne ujęcia jego twarzy, więc oddanie mimiką wachlarza emocji, które targały jego bohaterem, z pewnością zasługuje na uznanie.


Searching stanowi ważny głos mówiący o tym, jak ważna stała się w naszym życiu technologia. O tym, jak pomaga nam sobie radzić w życiu, czasem pozwala nam przepracowywać traumy, innym razem znowu odpycha nas od prawdziwych ludzi. Ale też i tym, jak bardzo jest zwodnicza, bo nigdy tak naprawdę do końca nie mamy pewności, kto siedzi po drugiej stronie monitora. Ponadto to przejmująca opowieść o więzi łączącej rodziców i dzieci, która niezwykle szybko może się okazać o wiele bardziej skomplikowana, niż pozornie nam się wydaje.



16 września 2018

#42 Tajemnice Silver Lake (David Robert Mitchell, 2018)

Główna obsada: Andrew Garfield, Riley Keough
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Rich Vreeland
Zdjęcia: Mike Gioulakis

Zwiastun tego filmu zachwycił i oczarował mnie do tego stopnia, że spodziewałam się, że film bez wątpienia będzie 10/10. I w efekcie trochę się zawiodłam, choć z pewnością nie oznacza to, że jest to film zły. Zwyczajnie nie jest aż tak dobry, jak oczekiwałam.
Wpadamy w sam środek życia Sama, granego brawurowo przez Andrew Garfielda, nie mając o nim właściwie żadnego pojęcia. Większość pytań dotyczących samego głównego bohatera zostanie niestety nierozwiązana do końca seansu – kim właściwie jest, skąd się wziął, czym się zajmuje, poza podglądaniem sąsiadek i graniem w Mario, czym płaci za swoje mieszkanie i luksusowy samochód? To jednak nie są najważniejsze pytania tego seansu. 


Sam poznaje bowiem Sarę, z którą spędza bardzo przyjemny wieczór na oglądaniu Jak poślubić milionera (Jean Negulesco, 1953) i paleniu zioła. Dziewczyna zawróciła mu w głowie do tego stopnia, że gdy następnego dnia jej mieszkanie okazuje się całkiem puste, zupełnie jakby nikt w nim nie mieszkał, nie potrafi zwyczajnie odpuścić. Zamiast tego rusza w szaleńczą podróż w głąb króliczej nory.
Z każdą sceną atmosfera gęstnieje, lecz nie od strachu, ale od pogłębiającej się paranoi. Co chwila Samowi zostaje podrzucony nowe zagadki jak choćby dziwaczny alternatywny komiks i jego zapatrzony w teorie spiskowe twórca, płyty winylowe, które odsłuchiwane od tyłu, zawierają w sobie sekretne wiadomości, mapy na opakowaniach płatków śniadaniowych czy tajemnicze przyjęcia, które mają swoje drugie dno. Nic więc dziwnego, że Sam tak łatwo wpada w tę spiralę szaleństwa, skoro każdy kolejny trop zdaje się idealnie pasować do układanki.   


Film aż buzuje od popkulturowych nawiązań, jak choćby sceny znanej z trailera, w której Sara podpływa do brzegu basenu, na którym po chwili opiera nogę, która jest żywcem przepisana z niedokończonego filmu z Marylin Monroe Something's Got to Give (George Cukor, 1962), nagrywanie filmu z Janet Gaynor, na której grobie Sam obudził się kilka dni później czy nawiązanie do twórczości Lyncha poprzez budowanie charakterystycznego dla niej klimatu. Intertekstualnym aspektem są też same miejskie legendy i teorie spiskowe. Również muzyka odgrywa niezwykle ważną rolę w tej produkcji – czy to początkowe utwory nawiązujące do kina noir z lat 50., twórczość zespołu Jesus & the Brides of Dracula czy kultowe hity lat 90. Nie ma w takiej ilości nawiązań zresztą nic dziwnego – cały film zdaje się odą do pokolenia millenialsów, ale równocześnie zadaje pytanie, jak dalece popkultura wpływa na to, kim jesteśmy. Czy to pokolenie wyglądałoby tak samo, gdyby Smells Like Teen Spirit zostało stworzone jako kompozycją na pianino? Czy nic by się nie zmieniło, gdybyśmy się dowiedzieli, że to wszystko to jedna wielka mistyfikacja? I jak właściwie w takim razie ocenić, co jest prawdą, a co fikcją?
Andrew Garfield szarżuje w Tajemnicach Silver Lake bezbłędnie, idealnie odnajdując się w tym surrealistycznym świecie, doskonale wczuwając się w rolę dwudziestoparoletniego geeka, który ze swojej nieporadności i niezgrabności stworzył element uroku osobistego. Partnerująca mu (choć krótko) Riley Keough, równie dobrze odnajduje się w roli damy w opresji, w swojej kreacji wyraźnie nawiązując do kina klasycznego. A świetne aktorstwo dopełniają śliczne zdjęcia Miasta Aniołów autorstwa Mike’a Gioulakisa.


Film kończy się dokładnie tak, jak powinien, dokładnie w stylu tego, co serwował nam scena po scenie przez ponad dwie godziny: czasami na siłę szukamy sensu, drugich i dziesiątych den, a ich tam po prostu nie ma.



12 września 2018

#41 Co ludzie powiedzą (Iram Haq, 2017)

Główna obsada: Maria Mozhdah, Adil Hussain
Scenariusz: oryginalny
Muzyka: Lorenz Dangel, Martin Pedersen
Zdjęcia: Nadim Carlsen

Co ludzie powiedzą (Iram Haq, 2017) został niedawno ogłoszony jako norweski kandydat do Oscarów 2018, ale nie tylko dlatego warto się z tą pozycją zapoznać. Iram Haq rzuca zupełnie nowe światło na kulturę pakistańskich emigrantów, opierając scenariusz na swoich osobistych doświadczeniach.
Nisha wychowała się w Norwegii, gdzie jest niejako zmuszona do prowadzenia podwójnego życia – z jednej strony zachowuje się po europejsku, trzyma się z damsko-męskim towarzystwem, ma chłopaka, chodzi na imprezy, z drugiej gra idealną  pakistańską córkę, czego też oczekują od niej rodzice. Jak każde podwójne życie, koniec końców wybucha jej ono w rękach. 


Choć na naszym własnym podwórku również można by spotkać różnorodne zachowanie na znalezienie w nocy w pokoju córki niezapowiedzianego gościa, raczej mało która byłaby tak radykalna jak to, co spotkało główną bohaterkę.
Po reakcji sąsiadów na dźwięki domowej awantury Nisha ląduje w ośrodku, zajmującym się rozwiązywaniem tego typu konfliktów oferując pomoc oraz wsparcie mediatorek w zażegnaniu powstałych sporów. Pojednanie z rodzicami jednak nie zachodzi. W nocy Nisha dostaje telefon od mamy, która prosi ją, by wróciła do domu, gdzie wspólnie mają rozpracować zaistniałą sytuację. Jednak gdy Nisha wsiada do samochodu, w którym czeka na nią on i jej dorosły brat jeszcze nie wie, że to wszystko było wielkim oszustem. Bardzo szybko znajduje się na pokładzie samolotu, który zabiera ją do kraju przodków. Wraz z ojcem pokonują wiele kilometrów z lotniska do domu jego rodziny, a po kilku godzinach ojciec po prostu wychodzi, zostawiając swoją sprawiająca problemy córkę na łasce siostry, która ma za zadanie naprowadzić ją na właściwą, pakistańską drogę życia. Co zdecydowanie nie jest sprawą prostą dla żadnej ze stron. 


Film jest niezwykle poruszającym zapisem dramatu dorastania. W dobitny sposób pokazuje różnice pomiędzy europejską a arabską kulturą – co niezwykle ważne, w sposób bardzo czytelny dla europejskiego widza. To też historia o tym, jak trudno jest żyć na obcej ziemi zgodnie z własnymi przekonaniami i że chorobliwe przywiązanie do tradycji oraz niechęć do asymilacji mogą nieść za sobą bardzo traumatyczne skutki dla młodszego pokolenia, które równocześnie związane jest z konserwatywnym wschodem oraz z bardziej liberalnym zachodem.
To jednak również historia o terrorze, który zaczyna się w domu, a z którym musi się zmagać niewyobrażalna liczba młodych kobiet. A także świecie, w którym miłość może przybrać formę opresji.  



28 sierpnia 2018

#38 Czarne bractwo. BlacKkKlansman (Spike Lee, 2018)

Główna obsada: John David Washington, Adam Driver
Scenariusz: na podstawie autobiografii
Muzyka: Terence Blanchard
Zdjęcia: Chayse Irvin

Amerykańska data premiery BlacKkKlansman nie jest przypadkowa – przypadła ona na dzień przed zamieszkami w Charlottesville. I chociaż akcja filmu rozgrywa się w latach 70., równie dobrze mogłaby dziać się dzisiaj. Wrażenie to jest jeszcze podkręcone przez reżysera, który po zakończeniu właściwej akcji zamieszcza ujęcia dokumentujące wspomniane zamieszki, jak również inne przykłady rasizmu obecnego w dzisiejszym świecie oraz wzrost siły skrajnej prawicy.


Film otwiera fragment fikcyjnego przemówienia propagandowego nagrywanego w studiu przez doktora Kennebrewa Beauregarda (Alec Baldwin) – na ścianę za nim rzucane są fragmenty Przeminęło z wiatrem (Victor Fleming, 1939) i Narodzin narodu (D.W. Griffith, 1915), które doskonale obrazują jego słowa, pokazując w ten sposób, że kino również nie pozostaje bez winy w szerzeniu szkodliwych ideologii. Bo choć oba filmy są bezsprzecznie uznawane za arcydzieła, powszechnie wiadomo, że są rasistowskie. Fragmenty tych filmów przewijają się zresztą przez resztę BlacKkKlansman, a ta pierwsza scena jest tylko pierwszym z wielu odniesień do obecnej sytuacji politycznej i społecznej Stanów Zjednoczonych oraz prezydentury Trumpa.
Właściwa fabuła opowiada prawdziwą historię Rona Stallwortha, pierwszego afroamerykańskiego policjanta w Colorado Springs. Początkowo nacisk położony jest na problematykę rasizmu w strukturach policji, ale dość szybko następuje rozszerzenie tematu. Dzięki swojej inteligencji i zaangażowaniu w pracę Ron bardzo szybko awansuje w strukturach policji i samowolnie rozpoczyna inwigilację Ku Klux Klanu, dzwoniąc na ich infolinię ze zmyśloną historią o tym, dlaczego tak bardzo nienawidzi czarnych. Ron z oczywistych względów nie dołączyć do organizacji osobiście, wysyła więc na spotkanie swojego partnera, Flipa Zimmermana – który również z powodu swojego pochodzenia nie nadaje się do klanu. Wspólnie tworzą wielką iluzję, żydowsko-afroamerykańskiego Rona Stallwortha, zaangażowanego członka klanu, która, wydawałoby się, nie może się udać. 


Trzeba przyznać, że dawka humoru (często bardzo czarnego, jakkolwiek w kontekście tego filmu by to nie brzmiało), jaką serwuje nam film jest kolosalna i to właśnie ona, między innymi, stanowi o jego sile. Z jednej strony temat jest bardzo poważny, ale przez to komediowe zacięcie po prostu przyczepia się do widza jak rzep, sprawiając, że ostatnie, realne fragmenty tylko bardziej w nas uderzają.
BlacKkKlansman może się również poszczycić kapitalnym aktorstwem – duet Washington–Driver jest kapitalny i wnosi na ekran pokłady braterskiej chemii. Ten pierwszy doskonale odnajduje się w komediowej konwencji, a drugi nadaje produkcji sarkastycznego sznytu. Nie zawodzą również postaci drugoplanowe: mocno zarysowana aktywistka Patrice (Laura Harrier) oraz członkowie Ku Klux Klanu, z których każdy dostał indywidualną osobowość – Topher Grace, Ryan Eggold, Paul Walter Hauser, Jasper Pääkkönen. Ostatni z nich miał zdecydowanie największe pole do popisu, grając skrajnego radykała, który na każdym kroku stara się udowodnić Flipowi jego żydowskie pochodzenie.  


BlacKkKlansman jest nie tylko rewelacyjnym filmem skrojonym dla szerokiej rzeszy widzów, ale równocześnie filmem zaangażowanym, ujawniającym, że problemy, które mogłyby się wydawać odległe, są nadal aktualne. Naprawdę wart obejrzenia!



9 sierpnia 2018

#37 Człowiek, który zabił Don Kichota (Terry Gilliam, 2018)

Główna obsada: Adam Driver, Jonathan Pryce, Joana Ribeiro
Scenariusz: na podstawie powieści Miguela de Cervantesa
Muzyka: Roque Baños
Zdjęcia: Nicola Pecorini

Mało który film obrósł aż taką legendą na długo, zanim trafił do kin. Ale mało który film miał na to aż tyle czasu, bo od momentu powstania konceptu w głowie Gilliama a ostateczną premierą minęło przeszło ćwierć wieku, z czego sam autor skwapliwie żartuje, jak również nie wstydzi się tego i mówi o tym wprost w napisach początkowych.


Toby, młody reżyser uważany za wielkiego geniusza, przybywa do Hiszpanii nakręcić Wielki Film. Jednak wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle. Toby nie jest typem, który wyzwala w nas wielkie pokłady sympatii – wręcz przeciwnie, jest bawidamkiem z przerośniętym ego, a w jego zmaganiach z produkcją filmu wyraźnie widać wewnętrzną pustkę i brak inspiracji. Szukając jej, Toby dociera do swojego studenckiego filmu, który również traktował o Don Kichocie. W scenach z filmu i retrospekcjach z czasu jego kręcenia widać zupełnie innego Toby’ego – studenta, który aż promieniał pasją do sztuki.
Seans filmowy sprawia, że Toby chwyta za motor i wyrusza do wioski, w której spędził kilka miesięcy dekadę wcześniej, licząc, że spotkanie z dawnymi miejscami i aktorami przyniesie mu natchnienie. Okazuje się jednak, że w wiosce bardzo wiele się zmieniło, a jego przyjazd znacznie wpłynął na lokalną społeczność. To należałoby zresztą odczytywać dużo szerzej – obserwator zawsze w pewien sposób zaburza harmonię miejsca; po wyjeździe ekipy filmowej, nawet dokumentalistów, życie już nigdy nie jest takie samo. Ten aspekt zresztą bazuje na osobistych doświadczeniach Gilliama, który wraz z ekipą kręcił Monty’ego Pythona i Świętego Graala w małej szkockiej wiosce, gdzie swoim pobytem dokonali pewnej rewolucji. 


Javier, odtwórca tytułowej roli Don Kichota w filmie sprzed dekady, dalej żyje w fikcyjnym świecie, zapewniając wszystkich o byciu błędnym rycerzem, swojej nieśmiertelności i powinności do ratowania świata (i pięknych niewiast, oczywiście). Co więcej, jest przekonany, że Toby to Sancho Pansa, który właśnie powrócił do niego po latach.
Choć filmowi nie brakuje humoru (ostatecznie to film Terry’ego Gilliama), to jednak jego kręgosłup stanowią świetni aktorzy. Jonathan Pryce jest Don Kichotem doskonałym – sam Gilliam stwierdził, że między innymi tyle trzeba było czekać na premierę Człowieka…, zwyczajniej czekał aż Pryce będzie wystarczająco stary, by móc w nim zagrać. Jednak największym zaskoczeniem jest Adam Driver, który wytacza ostrą szarżę i jest rewelacyjny, lawirując pomiędzy Tobym – zblazowanym, natchnionym młodym artystą i zagubionym Sancho, który sam zaczyna zatracać się w wyobrażeniu Don Kichota.


Momentami może nie wyszło idealnie, momentami czuć, że po tylu latach ten film chyba powinien być trochę lepszy, ale to wciąż świetna opowieść o zacierającej się granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją, realnością, a marzeniami.


8 sierpnia 2018

#36 Nieposłuszne (Sebastián Lelio, 2017)

Główna obsada: Rachel Weisz, Rachel McAdams, Alessandro Nivola
Scenariusz: na podstawie powieści
Muzyka: Matthew Herbert
Zdjęcia: Danny Cohen

Nowy film Chilijczyka Sebastiána Lelio otwiera kazanie rabina na temat wolnej woli, co wydaje się dość dobrym punktem wyjścia dla całej historii. Nieposłuszne poruszają bowiem tematy wykluczenia ze społeczności, łamania tabu i uprzedzeń, ale także niespełnionej miłości. Nie bez przyczyny jest również umieszczenie akcji w samym sercu londyńskiej społeczności żydowskiej, ponieważ religia w dość znaczący sposób wpłynęła na życie bohaterów.


Ronit (Rachel Weisz) wraca po latach do rodzinnego Londynu, na pogrzeb ojca – ukochanego przez społeczność rabina. Od początku widać, że Ronit nie jest mile widziana, a cichy konflikt toczy się do samego końca produkcji, choć skryty pod elegancką powłoczką dobrych manier i udawania, że wszystko jest w porządku.
Ronit zatrzymuje się w domu protegowanego swojego ojca – rabina Dovida (Alessandro Nivola). Szybko okazuje się, że dom Dovida, jest również domem Esti (Rachel McAdams), jej najlepszej przyjaciółki z dzieciństwa. I choć kiedyś tworzyli nierozłączną grupę, po latach nieobecności w swoich życiach widać, jak wiele się między nimi zmieniło, ale również czuć, że pod grzecznymi i momentami niezręcznymi rozmowami, kryje się coś więcej.
Rozwiązanie tej zagadki nie jest żadną wielką tajemnicą, ponieważ uderza w widza z każdego zwiastuna i plakatu zapowiadającego film. Przed laty Ronit i Esti łączyło namiętne uczucie. 


Zarówno Rachel McAdams, jak i Rachel Weisz stworzyły w tym filmie niesamowite kreacje. Partnerujący im Alessandro Nivola wcale nie odstaje od wyznaczonego przez aktorki poziomu, doskonale portretując konserwatywnego rabina, który prawdopodobnie zasługuje na miano najspokojniejszego bohatera filmowego wszechczasów. Ale mimo że aktorstwo stoi na bardzo wysokim poziomie, równocześnie stanowiąc największą zaletę Nieposłusznych, fabularnie już nie jest tak dobrze. Bo mimo że budowanie charakterów udało się dobrze, pewne rozwiązania fabularne zaciemniają tę niewątpliwie ważną dla dzisiejszego kina tematykę, wciąż jednak nieszczególnie często spotykaną w kinie głównego nurtu.
Z jednej strony wciąż powracamy do przeszłości, ale mimo wszystko niedane jest nam się dowiedzieć, dlaczego właściwie Esti lata wcześniej nie zdecydowała się na wyjazd do Ameryki razem z Ronit. Czy chodziło o nieumiejętność Esti do zerwania ze społeczeństwem, w którym się wychowała, o to, że Ronit wcale nie chciała, by z nią wyjeżdżała, czy może raczej o coś zupełnie innego.
Odbiór historii burzy też samolubność bohaterek, które decydują się na konfrontacje z mężem Esti w bardzo niekomfortowym dla niego momencie, na zaledwie chwilę przed tym, gdy ma oficjalnie przejąć schedę po zmarłym nauczycielu. Samolubność Esti widać również w całej jej relacji z mężem, zbudowanej tak naprawdę na kłamstwie. Po całym filmie Dovida jest mi o wiele bardziej szkoda niż głównych bohaterek.
Oliwy do ognia dolewa jedynie fakt, że  miarę trwania romansu kobiet, zdają się coraz mniej wiedzieć, czego tak właściwie chcą. Główne bohaterki zachowują się bardziej jak nastolatki, którymi były przed wyjazdem Ronit niż dorosłe kobiety. W efekcie trochę kręcimy się w kółko, a zakończenie jest dość mętne – właściwie nie do końca wiadomo, jakie ostatnie decyzje zostały podjęte.


W efekcie ładunek emocjonalny osiąga apogeum mniej więcej w połowie filmu, w jego kulminacyjnym momencie, a dalej już tylko wytraca prędkość. Widać tutaj duży zmarnowany potencjał żydowskiej społeczności, która stanowi wyłącznie tło konfliktu, nie wchodząc z bohaterami jednak zbytnio w jakąkolwiek polemikę, poza otwartym krytykowanie zachowania Ronit.
Świetne aktorstwo i zręczna sprawność reżysera nie jest w stanie wynagrodzić scenariuszowych wpadek, w efekcie Nieposłusznym nie udało się podźwignąć ciężaru opowieści o wpływie tradycji i religii na wolność człowieka oraz zakazanym uczuciu. 


5 sierpnia 2018

#35 Wrażenia po MFF Nowe Horyzonty 2018

Po raz pierwszy udało mi się pojechać na tak duży festiwal filmowy. A skoro już byłam na Nowych Horyzontach 2018, to postaram się i napisać kilka zdań o wrażeniach.

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Malihu
x