1 września 2017

#9 Notatnik śmierci (Adam Wingard, 2017)

Główna obsada: Nat Wolff, Margaret Qualley
Scenariusz: na podstawie mangi
Muzyka: Atticus i Leopold Ross
Zdjęcia: David Tattersall

Ło panie, jak mnie ten film niemożebnie zdenerwował.
Oczekiwania co do filmu miałam duże, nie ukrywam, i cieszyłam się bardzo na tę premierę, jako że znam i mangę i animę i wiem, że Death Note to kawał świetnej historii. Nie przypuszczałam, że można ją aż do tego stopnia przekręcić i zniszczyć.
Po pierwsze, do szewskiej pasji doprowadził mnie whitewashing. Przeniesienie akcji do Seattle i zrobienie 95% obsady białych Amerykanów zamiast Japończyków zdecydowanie się historii nie przysłużył. Jedynie Watariemu udało się uchować przed tą czystką, ale to pewnie tylko dlatego, by nie zostało podniesione zbyt duże larmo. Niestety, później chyba się zorientowali, co właściwie zrobili i w roli L obsadzili Afroamerykanina. Nic tylko załamać ręce. Bo w Death Note to, że akcja została osadzona akurat w Japonii miało naprawdę duży wpływ na fabułę. Znaczenie honoru dla bohaterów i spora część charakteru Lighta bazowały na tym, że historia rozgrywała się w Japonii, a nie w jakimkolwiek innym zakątku świata.


Kolejną rzeczą, która przez cały film podnosiła mi ciśnienie, była bezdenna, jak na tego bohatera, głupota. Light miał być ponadprzeciętnie mądry – w oryginale był to jednak tylko punkt wyjściowy, bo oprócz tego Light wkładał w pogłębienie wiedzy ogromne pokłady energii, co poniekąd wynika z systemu nauczania w Japonii i ich zwyczajów. Natomiast w wersji Netflixa starają się nam wmówić, że jest geniuszem, ale jego czyny absolutnie tego nie potwierdzają. Przecież żaden geniusz, a nawet człowiek o przeciętnej inteligencji nie leci do laski, która nawet nie zna jego imienia i nie mówi jej hej, wiesz, mam taki zeszyt, gdzie jak wpisuje imiona, to ci ludzie umierają, chodź, pokaże ci, jeśli mi nie wierzysz. Bo gdyby Mia nie okazała się socjopatką, Light mógł bardzo łatwo wylądować w więzieniu, ewentualnie w psychiatryku. Och, dlaczego oni aż tak spaprali tę postać, pojęcia nie mam. Jedynie ostatnia scena jakoś ratuje jego wizerunek, bo tam twórcy pozwolili mu pokazać, że jednak potrafi myśleć. No i jeszcze ta jego fryzura, ugh. Jeśli już chcieli z niego zrobić blondyna, jakim był w oryginale, mogli mu pofarbować 100% włosów, bo teraz trochę wygląda jakby mu się rozjaśniacz skończył w połowie głowy i nie miał już czasu skoczyć po drugą butelkę.
Jak już przy bohaterach jesteśmy, wypadałoby też wspomnieć słówko o L (gdzie jest jego czekolada, pytam się?), który się mazgai i jest tylko troszkę mądrzejszy od Lighta, i Misie Misie, a przepraszam, o Mii. Tutaj scenarzyści poszli o krok dalej, i nie tylko stworzyli postać OOC (ang. out of character) jak w przypadku Lighta, ale w ogóle podmienili ją na całkiem inną osobę. Misa Misa bowiem w tej produkcji nie istnieje – jest za to Mia, bezwzględna cheerleaderka, która bardzo pragnie dostać notatnik we własne ręce. No i oczywiście dzięki temu możemy mieć romans między nią, a Lightem, który rozwija się szybciej niż zajmuje przeczytanie opisu tego filmu. 


A skoro już doszliśmy do romansu, to jeszcze słówko o muzyce, a konkretnie o piosenkach nieoryginalnych, bo akurat panom Atticusowi i Leopoldowi Ross nie mam nic do zarzucenia. Zmaganiom naszych bohaterów towarzyszą takie utwory jak: Feel My Love, I Don't Wanna Live Without Your Love czy The Power of Love. I to chyba mówi samo za siebie.
Aktorsko film niestety też wypada średniawo. Z całą moją sympatią do odtwórcy Lighta, Nata Wolffa, moim zdaniem sobie z tą rolą nie poradził. Zamiast być pewny i opanowany siebie, na chłodno analizować każdy krok, pokazuje zdecydowanie zbyt wiele emocji. Poczekajcie tylko aż zacznie krzyczeć, kiedy pierwszy raz ujrzy Ryuka, a zrozumiecie, o czym mówię. Ryuk rzeczywiście porządnie zaanimowany, głos Willema Dafoe dodaje mu odpowiedniego charakteru. Lakeith Stanfield, grający L, jeszcze sobie jakoś radzi, choć jak dla mnie, jest odrobinę zbyt neurotyczny jak na odgrywaną postać – strasznie się miota i brakuje mu tego opanowania, które było tak charakterystyczne dla pierwowzoru. W porównaniu do panów, całkiem dobrze radzi sobie w tym wszystkim Margaret Qualley, ale może wynika to z faktu, że skoro gra postać kompletnie odciętą od swojego japońskiego pierwowzoru nie miałam wobec niej aż tak wielkich oczekiwań. 


Ja jestem mocno zawiedziona. Sądzę, że ten film o wiele lepiej mógłby działać, gdyby nie zdecydowali się na adaptację po łebkach, tylko gdyby zrobili z tego coś w rodzaju spin-offu – z innymi bohaterami zamiast Lighta i L – choćby o wcześniejszym właścicielu notesu. Choć nawet jeśli odetniemy się całkowicie od pierwowzoru i ocenimy ten film, nie jako adaptacje, a jako scenariusz oryginalny, to ten film niestety nadal nie działa tak, jak powinien – bohaterowie nadal są głupi i mają słabo rozpisane charaktery, a imperatyw hasa sobie wolno po fabule, kierując ją tam, gdzie akurat zapragnęli scenarzyści bez większego uzasadnienia. I nawet dobrze zaanimowany Ryuk z głosem Dafoe nie jest w stanie tego uratować.
Zamiast starcia dwóch geniuszy dedukcji, dostajemy miałką historię o uczniaku chcącym zaimponować dziewczynie i jego „nemezis”, który momentami zachowuje się, jakby kolejne elementy układanki wsuwał mu ktoś pod drzwi, z punktem kulminacyjnym na szkolnym balu. Amerykańskość nad amerykańskość.
Nazwisko pana reżysera i scenarzystów powinno się znaleźć w tym notatniku za kompletne zniszczenie historii pierwowzoru. I tyle w tym temacie.



Brak komentarzy

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Malihu
x